życie to jednakże nieustannie przepiękna bajka i nieomal każdego dnia dostarcza wielu przepiękności pod warunkiem noszenia przy dupie brzytwy na czerwonokrwiste poziomki
sobota, 20 marca 2010




To jest już ostatni mój wpis na blogu w bloxie, czyli na tej platformie. Fajnie było ale trzeba ostatecznie zakończyć, aby nie mieć kaca moralnego, światopoglądowego i filozoficznego. Wiele spraw, rzeczy i ideii ulega ostatecznemu spraniu albo zpsieniu.
  

Tenże wieloletni blog jest dalej kontynuowany w tym miejscu.


Wpisy dodawane są systematycznie raz na dwa albo trzy dni. 



Zapraszam gorąco wszystkich tu: Przepiękności z życia by Randalk



wtorek, 16 marca 2010
O ile w przypadku facetów, zakurw jest zdecydowaną reakcją na nieprzewidywalne zatrzymania się baby albo irracjonalne unieruchomienie auta lub kompa, o tyle w przypadku babeczek nie sposób mówić o podobnym w wymiarze psychologicznym zakurwie, ale o swoistym stanie ducha babeczki, który nazwałbym obzwijanką, a które nieoczekiwanie przyszpila ja do realności czasu dnia codziennego.

Określenie obzwijanka, odnosi się wyłącznie do babeczek i charakteryzuje się natychmiastowym zamknięciem wlotów i wylotów, jakie służą do komunikacji myśli i słów ze światem zewnętrznym, obojętnie czy bliskim czy dalszym. W wyniku nastania zdarzenia, najczęściej odrealnionego i przypadkowego lub sytuacyjnego i irracjonalnego, babeczka nieomal natychmiast popada w stan przetrwalniczy i agresywny, który właśnie nazywam obzwijanką.

W przypadku stanu obzwijania, wszystko przestaje być istotne i wszystko jest sprzysięgnięte przeciwko babeczce. Właśnie tu i teraz. I pomimo konwulsyjnych zawołań o pomoc, nawet jak takowa pomoc w słowie albo w czynie przybędzie, zostaje automatycznie odrzucona, jako nie właściwa, jako nie krotochwilna, jako urągająca poczuciu godności własnej babeczki.

Czyli jak się nie odwrócić, dupa zawsze pozostaje z tyłu.

Zapraszam dalej  ....  Przepiękności z Życia




piątek, 12 marca 2010
W średniowieczu, zasadniczo były jedynie i aż dwa męskie zakurwienia. Baba i koń. Baba albo babeczka albo kobieta stanowi zakurwienie od zarania dziejów istoty wyprostowanej albo piszącej. Koń dołączył w trakcie marszu, bo tak potoczyła się historia wszelaka. Z czasem konia, jako zwierzęcia niepokornego lecz żywego i reagującego, całkowicie zastąpił samochód, czyli maszyna, tym samym przejmując istotny powód zakurwienia faceta. Wraz z nowym milenium do powodów zakurwienia bojowo dołączył komputer i od tego czasu i jak na razie mamy trójcę męskich zakurwień.

Baba i auto i komputer. Trójca przenajświetsza zakurwienia.

Zapraszam do czytania dalej ....  Przepiękności z Życia


czwartek, 11 marca 2010
Ponad dwadzieścia lat temu, istnienie osób niepełnosprawnych otoczone było wstydliwym milczeniem. Ktoś coś o nich słyszał, ktoś ich widywał albo ktoś ich znał. Ale oficjalnie ich nie było, bo osoby te zakłócały obraz szczęśliwego społeczeństwa spod komuny. Mój syn urodził się już w polsce jako tako wolnej, ale droga przez mękę wcale go nie ominęła, gdyż w dalszym ciągu były i są to osoby niepotrzebne, w wręcz nieprzydatne, by nie powiedzieć zbędne.

W zależności od badań, ocenia się, że w społeczeństwach od dziesięciu do nawet dwudziestu procent populacji, to osoby niepełnosprawne, fizycznie lub intelektualnie, o różnym stopniu niepełnosprawności. To na trotuarach ich nie widać, wynika bardziej z faktu nieskończonej ilości barier uniemożliwiających poruszanie się, niż z ich małej liczebności. Co prawda zmienia się stosunek społeczeństwa i państwa jako takiego wobec osób niepełnosprawnych, ale w większości wypadków są to działania kosmetyczne a nie systemowe.

Zapraszam dalej na bloga w nowym miejscu .... Przepiękności ...



poniedziałek, 08 marca 2010

Powiem szczerze, nigdy nie przepadałem za biografiami ani postaci historycznych ani pisarzy czy artystów. Wielkich wodzów podziwiam za dokonania, artystów za wiekopomne dzieła a pisarzy za ich księżki. Książka albo mi sie podoba i ją czytam, ale odkładam po kilku kartkach. Jeżeli pisarz nie umie mnie porwać pierwszą stroną dzieła swego, to już mnie ani nie podnieci, ani nie porwie ani nie przymusi. Czytam dla przyjemności czytania i swobodnego poznawania nowych przestrzeni wyobraźni.

Szukając nowych światów ludzkiej wyobraźni jest mi całkowicie obojętnym czy opisane światy są zgodne z rzeczywistością czy jedynie kreacją narratora, albo ich wzajemnym wymieszaniem. Swiaty wyobraźni są zawsze inne od rzeczywistych w zdecydowanej większości piękne, bo osobiste. Kunszt pióra wyznacza praprzyczynę, czy światy te pragniemy poznać, odczuć, posmakować, polizać, powąchać, posłyszeć a często także pomacać. I właśnie tak poskrętne były moje relacje z kapuścińskim. Wyłącznie osobiste i są właśnie dlatego przepiękne.

Zapraszam dalej ..... Przepiękności z Życia

sobota, 06 marca 2010

Wczoraj koło południa zostałem wezwany na wioskę z miasta przebywania, gdyż mój ukochany jamnior, zwany od lat claptonem pokolenia drugiego, miał wypadek samochodowy. Na wioskowej drodze na poboczach leży jeszcze dużo zmarzietego sniegu, który za przyczyną bariery lasu nie poddaje się szybko słońcu. I to włanie przy takiej zmarźniętej kopie brudnego sniegu dopadł jamnika wielki samochód. Nie miał gdzie uciec, a był bardzo ostrożnym w chodzeniu po drodze psem. Nie mial praktycznie żadnych szans.

czytaj dalej  .....  Przepiękności z Życia by Randalk

poniedziałek, 01 marca 2010
Na forum medialnym, nikt nie będzie miał cywilnej odwagi nazwać mira pospolitym pojebańcem i gnojem. Być ministrem kraju, nawet tak egzotycznego jak polska nie oznacza, że bezkarnie można pluć na godło i rzygać na flagę. Frustracje małego człowieczka, któremu podcięto skrzydełka w robieniu ciemnawych interesików przy okazji państwowego żłoba winny pozostać w jego ogródku. Żenady temu wywiadowi dodaje brudu obecność satyryka, którego gadki zawsze były na poziomie gnojowiska. Bo kto z kim przestaje, takim się staje.

Polityka, aby była polityką skuteczną po prostu musi być brutalna. Aby w niej skutecznie przebywać, należy mieć pancerz nosorożca. 
Drewniakiem z ustami wypełnionymi frazesami oczywiście w polityce można istnieć, ale jak się dostanie kopa w dupsko za własną głupotę, to trzeba zachować minimum honoru. W polityce można kręcić kolorowe lody, bardzo niewielu ich nie kręci, ale jak zostanie się przyłapanym, to należy odejść i milczeć. Oczywiście można pieprzyć durności jak tenże jegomość od orlików, tak czy inaczej superowego pomysłu dla szkół i rozwoju w nich dzieciaków, poprzez stworzenie profesjonalnej bazy sportowej. 

czytaj dalej ......   Przepiękności z Życia



niedziela, 28 lutego 2010
Codzienna rzeczywistość nas nie rozpieszcza. Na nieomal każdym kroku jesteśmy brutalnie atakowani. Wchodząc na stronę internetową, bez blokowania reklam, dostajemy po oczach fajerwerkami barw i animacji zwykle podłej jakości. Sięgając po gazetę drukowaną lawirujemy pomiędzy reklamami w poszukiwaniu sensownego tekstu. Jadąc samochodem bardziej widzimy wielkie bilbordy niż drogowe znaki. Idąc ulicą dookolnie widzimy brzydkie szyldy i reklamy. Wchodząc do sklepu przebrana za bałwana babeczka usiłuje nam wcisnąć do ręki skrawek papieru z reklamą czegoś mało wartościowego. A stojąc przed półką z produktami odganiamy się od wszelakich kiwaków.

De facto od wczesnego rana do późnej nocy nasze podmóżdże jest starannie heblowane z zamierzeniem, abyśmy zakupili coś co jest nam zazwyczaj kompletnie niepotrzebne. gdzieś w sieci wynalazłem analizę szybkiego kurczenia się usług naprawczych. Jednym słowem złota rączka na dzisiaj mocno w plecy, bo konsumentowi nie opłaca się naprawiać rzeczy popsutych gdyż za porównywalne pieniądze może nabyć rzecz nową z podobnego wachlarza. Cykl życia produktu skraca się w tempie błyskawicznym a jednocześnie jesteśmy mamieni funkcjami z których może raz w życiu skorzystamy.

czytaj dalej  .....  Przepiękności z życia



piątek, 26 lutego 2010
Siedzieliśmy przy stoliku z synem, pałaszując dobre ciasta i zapijając je aromatyczną herbatą. W między czasie przypatrywałem się dookolnym klientom. I pomimo ich nieliczności, dostrzegłem te same zachowania co w innych miejscach publicznych, jakie mnie zawsze zwyczajnie zakurwiały. Wchodząca do lokalu para, niezależnie od wieku, niczym debilny osioł staje na środku sali, w poprzek ciągu komunikacyjnego i myślowo debatuje, gdzie zająć miejsce. Facet z pary ma niewiele do powiedzenia, bo aby się nie narazić połowicy, czeka na jej wskazania, a to oczekiwanie nie jest zwykle krótkie.

dalej  ........ Przepiękności z Życia



środa, 24 lutego 2010
W miejsce sąsiedzkich spotkań jakim dawniej były co tygodniowe targowiska, wszedł sklep spożywczy przed którym krzyżują się drogi i tych co cały czas przebywają na wsi jak i tych którzy codziennie do pracy wyjeżdżają ze wsi. Dzisiaj już na wsi nie ma wzajemnych odwiedzin w domach, wymiana informacji następuje przed sklepem, na poboczu drogi czy przy płocie. Pogoda ma w tych spotkaniach niewielkie znaczenie.

O ile w miastach kler katolicki poza świątynią jest postrzegany bez specjalnej atencji, o tyle na wsi w dalszym ciągu jest pojmowany jako swoisty drogowskaz moralny w społeczności. Władza dusz na księdza na wsi nie uległa pomniejszeniu, bo ksiądz z wiejskiej parafii to pasterz boży dla wyznawców religii. Na wsi widać wyraźnie oddzielenie wiary od postrzegania osoby księdza. Księdzu na wsi wybacza się bardzo wiele, często nazbyt wiele, ale również przez całą dobę ksiądz jest pod czujną obserwacją społeczności.

dalej  .....   Przepiękności z życia


wtorek, 23 lutego 2010
Owo umarłe małżeństwo tak naprawdę dogorywało latami, ale mój kolega nie dopuszczał tych myśli do swoich myśli. Maniacko wierzył w cuda i czekał na taki cud, że pamiętne zauroczenie sprzed lat powróci i że wszystko znowu będzie dobrze, czyli po staremu, czyli nijak, czyli bezbarwnie, czyli odleżyny małżeńskie powrócą na swoje miejsca. Żadne gadania nie były w stanie przebić muru oczekiwania na cud, a namacalne dowody rozpadu systematycznie rozpierzchały się w nicość.

dalej     Przepiękności z Życia



niedziela, 21 lutego 2010
Walka o miejsce posadzenia dupy na ołtarzach władzy przybiera coraz bardziej zdziwaczałe kształty i trendy. Damy z polskiego wachlarza piękności domagają się parytetu w wyborach. Pół litra do pół litra. Ich zdaniem powinno być tak, pół facetów i pół babeczek na kartach wyborczych. Powodem jest rzekoma dyskryminacja płci pięknej albo piękniejszej w polityce. A ja się pytam, jakim prawem ktoś kto publicznie jest malutki albo wprost nie istnieje, ma z zasady dostać połówkę tortu. Tylko dlatego że istnieje i czasem nosi spódnicę. Tego normalni nie wymyślili.

dalej     Przepiekności z Życia



piątek, 19 lutego 2010

Przez dwie dekady o kraju decydowali goście wyłożeni na kanapach a obywatel stanowił jedynie przenośnik głosu wyborczego od stolika do urny. Był jedynie mechanicznym podmiotem od którego niewiele wymagano poza przyjściem. A i to zbywane było machnięciem ręki. Niby zachęcano do pójścia do urn ale jednocześnie na niewielką frekwencją przechodzono szybko do porządku dziennego.

dalej  ......   Przepiękności z Życia



czwartek, 18 lutego 2010
Od kilku tygodni ponownie po wielu latach bezczynności powróciły mi sny i to sny bardzo kolorowe. O świcie każdego dnia budzę się ze świeżą i barwną historią ze wszechświata snów, którą już na jawie w wielu konkretach pamiętam. Zastanawiając się w półmroku sypialni o brzasku odnoszę wrażenie jakbym przybył z innej przestrzeni świadomości.

dalej  .....   Przepiękności z Życia






poniedziałek, 15 lutego 2010
Nowe wpisy na niniejszym blogu będą systematycznie publikowane pod nowym adresem.


od teraz blog jest tutaj:  Przepiękności z życia by Randalk



Mam nadzieję szybko uporać się z poznaniem tajników blogowania na bloggerze i wszystko będzie szło gładko niebawem. Dziękuję z góry za wyrozumiałość ...

Kolejny wpis w drugiej części tygodnia tego ...


piątek, 12 lutego 2010
Kiedy się jest poza polityką, kiedy patrzy się na mordobicia w mediach, kiedy obserwuje się przygłupawych posłów usiłujących z białego uczynić czarne, albo odwrotnie, kiedy patrzy się na debilizm władzy, z każdej frakcji, człowieka nadchodzi jedna refleksja. Że w pogoni za władzą i przywilejami nie dał się wydupczyć samemu sobie, niezależnie jak i kto to interpretuje.

Będąc u żłobu władzy trzeba samego siebie wykastrować, bo jak nie to inni przy żłobku uczynią to z rozkoszą i na bożą chwałę. Polityka to jedno wielkie szambo ale również władza na szczeblu powiatu czy gminy to zgoda na wchodzenie w jedno wielkie gówno. Bo gdy wchodzi w grę kasa, wszelkie zasady biorą w łepetynę.

Wczoraj sąd skazał lepera i łyżwę na kary bezwzględnego pozbawienia wolności. I jest bez znaczenia czy w wyniku apelacji będzie inaczej albo mniej. Sąd na podstawie dowodów wydał wyrok. Skazany ma prawo się odwołać. Tym wyrokiem na dwu działaczy samobrony, niegdyś na świeczniku, sąd przeciął bezpowrotnie poczucie bezkarności polityków za ich czyny. Nie ma znaczenia czy polityk jest za immunitetem czy nie jest, sprawiedliwość za skurwysyństwo go wcześniej czy później dosięgnie.

Ale rzecz jest w czym innym. Rzecz dotyka chuizmu dziennikarza i to dobrego dziennikarza, jakim zdawał mi się rymanowski. Od dawna uważałem go za dziennikarza z zasadami, ale po wczorajszej rozmowie z lepperem utraciłem dla niego szacunek. Czemu ta rozmowa miała służyć albo komu.

Lepper to persona not grata i myślący dziennikarz go olewa zwyczajnie z góry. Rymanowski okazał się niestety głupcem licząc na to że skazany okaże skruchę. Ogarnęła go zwyczajna zaćma intelektualna, wiara we własną magię, we własną znakomitość medialną. 

Moim zdaniem popełnił kardynalny błąd dziennikarski. Bo gdyby zrobił rzetelny reportaż o sexaferze, to byłoby zrozumiałe, ale dla własnej sławy zaprosił przestępcę na rozmowę, w której przestępca okazał wprost, że ma wszelkie polskie prawo daleko w dupie. Lepper miał prawo w dupie, jeszcze ma, ale jak pójdzie do pierdla to postrzeganie świata mu się zmieni.

A rymanowski zaliczył pospolita glebę. Bo trzeba wiedzieć, gdzie są granice przyzwoitości, a tego nie dostrzegł, bo sensacja i medialność wzięła absolutną górę. 

Czyżby pozornie absurdalny atak redaktora gazety sprzed roku na dziennikarza tvn był proroczy. Chyba tak. I właśnie to jest najbardziej bolesne. 

Gówno nie powinno być tykane, bo inaczej rozśmierdzi się na okolicę. Ostracyzm wobec gówna jest dziennikarską powinnością. ...



Ta rozmowa była ewidentną głupotą. Rzetelny dziennikarz się nie poniża licząc na chochołowy cudek.

Bo przecież lepper to taki współczesny nikoś dyzma dyzmowaty.




czwartek, 11 lutego 2010
Debilizm, wieśniactwo albo niepoczytalna głupota niejedno ma imię ale zwykle ma twarz, niekoniecznie ludzką. Bo chociaż człowiek może być debilem, to debil już człekiem nie jest. 

Afera hazardowa jest igrzyskiem dla ciemnego ludu. A ciemny lud to kupi, tak sądzili pis-klozetowcy. Ale okazało się za dnia dzisiejszego, że poseł jest równie durny jak przeciętny urzędas z gminy. Co oni sobie wyobrażali, że tak jak miro czy zbycho, sobiesiak będzie im odpowiadał na durne pytania. To nie takie proste.

Sobiesiak jest mi obojętny jako człowiek, ale jako facet prowadzący działalność gospodarczą już nie. Bo wiem, że w drodze po zarobioną kasę był szykanowany, kopany przez skarbówkę, opluwany przez urzędasów najniższego szczebla, a jednak do czegoś doszedł. I tu nie ma znaczenia czy mówi prawdę czy kłamie. Jego wybór, a kłamstwo trzeba mu udowodnić i to nie przed cherlawymi posłami z komisji ale przed sądem, a jak się tego nie mu nie udowodni, to podatnik zapłaci za głupotę państwa.

Jako świadek miał prawo odmówić zeznań i z tego skorzystał, bo swoje wie i nie jest tchórzem. Komisja chciała show i w zamian dostała figę, czyli dokładnie tego samego co powiedział miller, gdy nazwał ziobro mniej niż zero.

Tusk musiał odpowiadać, bo jest urzędnikiem, ale nie urzędasem, a sobiesiak pozwolił sobie pokazać komisji wała i ma do tego pełne prawo. I jemu daję wiarę, że centralne biuro analfabetów -cba - wszystko zmanipulowało, aby uzasadnić swoje istnienie i potrzebę istnienia. Niejaki kamiński to taki mały ludzi z przerostem ambicji, który dał mi się poznać jak cherlawy jegomość na zjeździe nzs w roku osiem jeden tamtego wieku. Koryto do którego się dorwał dało mu po ryju i jedynie tyle.

I słuszna uwaga sobiesiaka, że to z jego i naszych podatków, takie pojebane akcje może wyczyniać cba, czyli służba na rzecz jednej partii, zmierzającej do ujebania każdego, kto jest przeciw. Nie jestem za sobiesiakiem, ani nie jestem przeciw, ale jestem pełen uznania dla niego, że miał odwagę pokazać gest kozakiewicza polszkim urzędasom.

Bo gest Kozakiewicza jest naszym dobrem narodowym.





Na zdjęciu panorama linii horyzontu o grudniowym zmierzchu ponad betonową sypialnią kežmaroka, widziana z baszty w kežmarským hradu. To jedno z najpiękniejszych muzeów na słowacji. Po prosty paluchy lizać. Wystarczy wejść na internetową panoramę, by poczuć przedsmak ocznej rozkoszy i smakowitości duszy, czyli doznań doznawanych przy przechadzce po hradzie.

A po zwiedzeniu zamku trzeba pojechać na pobliskie termale do vrbova, gdzie za pięć i pół euraka można się taplać w gorących wodach przez dwie i pół godziny. Taplacze to przeważnie polacy, bo w aquaparku w popradzie za godzinę trzeba wybulić dziewięć euraków, a ścisk tam jak cholera. Vrbov jest już nowoczesny i bardzo przyjemny. A baseny ma lepsze niż w popradzie.

A po termalnym taplaniu fajnie jest wejść do cukierni przy rynku kežmaroka na znakomite ciastka oraz wykwintną kawę, herbatę albo czekoladę.

Monumentalna bazylika fajowska jedynie z zewnątrz bo w środku totalnie nie ma nic i szkoda czasu na szukanie sposobu wejścia, a obsługa zwyczajnie wnerwia. I jeszcze polecam zwiedzić żelazną stanicę, bo to znakomite doznanie także, mimo, że nie jest w stanie dobrym.



środa, 10 lutego 2010
Wieś jak wieś. Ani wielka ani malutka. Z całą pewnością malownicza lecz bez przesady. Kilka mlaszczących oczy widoków, kilka fajnych posesji, malownicze stawy z rybami oraz mocno zniszczone rabunkami lasy. Wieś przecięta drogą krajową i drogą żelazną. Wieś mająca na stanie światowy zabytek w postaci kościoła parafialnego. 

To właśnie w cieniu tego kościoła toczy się pospolita, acz nie pierwsza dla tej parafii historyja z ruchankami parafianek w tle albo na świeczniku. Znam tę historyją od samej podszewki, chociaż mnie na szczęście nie dotyczy, ale opowiem o niej w trzeciej osobie, chociaż skazańcy bez trudu siebie odnajdą jak będą mieli wolę, podobną pragnieniu ruchania.

Pewien ksiądz, ale nie proboszcz upodobał sobie pewną parafiankę, albo może było odwrotnie, dla której sutanna była najmocniejszym afrodyzjakiem od niepamiętnych czasów. I tenże ksiądz nie był pierwszym uwiedzionym, ale jest z pewnością jakąś pierwszym, który pozostawił trwały ślad po swoich wieczornych albo wyjazdowych wyczynach. 

Child in time, jak niegdyś śpiewało deep purple, przy którym to kawałku niegdyś dochodziło do namiętnych obściskiwań dziewczątek, bo kawałek walił po wyobraźni przez dobre osiem minut. A tu, albo stało się z księdzem albo ksiądz jest jedynie spowiednikiem cudzołożnicy, jednakże nie zachowuje się niczym spowiednik i jest okrutnie rozdygotany całą sprawą. Słowem, czapka gore.

Na wsi nic się nie ukryje, gdyż są sklepy i rozmowy w opłotkach z poziomu roweru albo sań. Na wsi wszyscy nieomal wszystko i o wszystkich wiedzą. Taka specyfika społeczności. Zamężna kobieta obrasta w brzuch i sąsiedzi zaczynają składać gratulacje jemu, ba na wsi każde dziecko to skarb. On wie, że to nie jego więc unika takich rozmów i spotkań sąsiedzkich. Fakt jest faktem, a życie wiejskie toczy się dalej, chociaż ludziska szeptają, bo na wsi swoje wiedzą.

Do akcji wkracza matka rzekomego ojca z małżeństwa, idzie do kurii i naświetla sprawę. Prawo matki. Po kilku dniach wybucha afera. Umyślny z kurii, w tajemnicy spotyka się z ludźmi na wsi i zasięga jęzora. W kościele parafialnym wrze, plotka zatacza coraz większe kręgi. Proboszcz, który realizuje w pobliskim mieście bardzo prospołeczny projekt, nie bywa w parafii, aby nie zostać ochlapanym błotem. Ale to pod jego skrzydłami zdarzenie miało miejsce.

Ta parafia nie ma szczęścia do wikarych, bo za mojej młodości tuż po mojej komunii, mój ulubiony ksiądz zrzucił sutannę, a przez czterdzieści lat takowych przypadków tamoj było aż pięć. A może to parafianki z tej wsi są tak kochliwe i w domach nie mają tego czego pragnęłyby. Ten przypadek dotknął nauczycielki z wiejskiej szkoły, a na wsi szkoła nie może pozostać głucha na fakty.

Jednym słowem, na wiosce zrobiła się wielka rozpieducha. Wszyscy teraz o tym gadają, bo przecież nauczycielka jest zaciążona z księżulem. Fakty prawdziwe, czyli takie jakie są, są już bez znaczenia. Fama poszła, kwestią pozostaje jedynie zapytanie, jak wygląda prawda, albo jaka jest prawda. W opinii wsi jest to bez znaczenia, bo istotne jest co jedna baba drugiej babie powiedziała.

Kościół dostał po dupie, ale istotnym dla mnie jest, że mój znajomy wychodzi z tego z twarzą i z tarczą, a tym bardziej, że po czasie sponiewierania, zaczął cieszyć się realnym życiem. Po prawdzie pracowałem na jego szczęśliwość prawie dwa lata. Opłaciło się.




Nie jestem zaskoczony albo zszokowany, że w sprawie uczestniczy ksiądz. Ale mógłby zajmować albo pannami, albo rozwódkami albo wdowami. Jednakże i w pierwszym i w drugim przypadku popełnia kanonicznych grzech, w trzecim jest już wyłącznie misjonarzem.

I jak tu nie wielbić księży za ich bezdenną głupotę. Głupotę w takim samym rozmiarze jak w innych zawodach. Bo teraz ksiądz to jedynie pracownik kościoła na takim samym statusie jak śmieciarz.

piątek, 05 lutego 2010
Czym jest korporacja na polskim padole pracowniczym. Strukturą obdzierającą totalnie pracownika z osobistej godności. Wypluwającą wraka.

To nie jest taka korporacja, ale biurokratyczny, odmóżdżony twór, który dając miejsce pracy i zarobkowania bezwzględnie wymaga ślepego posłuszeństwa i wyzbycia się wolnej woli oraz czasu własnego. Ponad to wszystko wymaga lojalności i bycia durniem dla chwały korporacji. Na polskim gruncie, korporacja to mentalny wrzód na dupie społeczeństwa, która rości sobie wszelkie prawa do niepodzielnego panowania nad czasem, życiem, umysłem i wolą jednostki w niej zatrudnionej.

Praca w strukturach korporacji wymaga bezwzględnego wyzbycia się własnego ja, własnej osobowości i totalnego podporządkowania się zarówno bezwzględnym przełożonym, którym należy bić nieustanne pokłony, jak również tak zwanej kulturze korporacyjnej, której jedynym celem jest uczynienie z pracownika automatycznego robota na cześć i chwałę korporacji.

Kilka lat temu z kolegą popijaliśmy whisky z kolegą w nocnym klubie hotelu gołębiewski w mikołajkach. Siedzieliśmy w punkcie kluczowym klubu, a dookoła nas bawili się handlowcy z od fajek sobieskich. Mózg imprezy nieopatrznie siadł obok nas i mieliśmy możliwość podpatrzeć i podsłuchać w jaki sposób molestuje psychicznie pracowników. 

Nieograniczone ilości alkoholu, intrygi wszystkich przeciwko wszystkim, sprowadzanie do stolika na bezwzględną spowiedź w zakresie co kto i kiedy gada, napuszczanie pracowników do zruchania pracowniczek, po ich wcześniejszym upiciu. I to wszystko bez owija w bawełną, gdzie słowo kurwa było i najłagodniejsze i było jedynie przecinkiem. W innym kącie klubu siedział facet, który pstrykał fotki.

Kilka lat temu pracowałem również w takowej korporacji. Imprezy integracyjne bezmiernie zalewał alkohol, a pośród jego oparów wytypowani pracownicy centrali szpiegowali wszystkich i mieli wielkie gumowe ucha, co kto i kiedy oraz o czym gada. Bardzo szybko w gronie dyrów stworzyliśmy strategię, że jeden wiąże vódą szpiega, a reszta swobodnie gada.

Ale pałowanie umysłowe handlowców na ich zjazdach było poza naszym zasięgiem, bo dano im skórę, furę i komórę oraz podlano alkoholem i sprytnie wypytywana o nas dyrów, szukając wszelkich haków, poprzez które można nas było szantażować i przymuszać do maksymalizacji zysków przy obdzieraniu kosztów i deptaniu pracowników.

Sprawny i przejrzysty system motywacyjny nie był potrzebny, bo szantaż był bardziej skuteczny. Kiedy złożyłem wypowiedzenie, centrala rzuciła się na moich podwładnych, aby pozyskać informacje i znaleźć na mnie haka. Prezio się śmiertelnie obraził, że ja mogłem mieć dość pracy dla niego. Ja miałem to w dupie, bo miałem już zaklepane inne cele.

Cztery lata później uśmiałem się do łez, kiedy mój dobry kolega, z którym wiele przegadaliśmy o firmie i prawie zawsze spaliśmy w jednym pokoju podczas zjazdów, został prezesem po długim łańcuchu pospolitych nieudaczników. Zaczeliśmy wymieniać maile ale dość szybko wymiana się urwała. Jestem przekonany, że prezio korporacji, obwieścił w swoim tonie, panie prezesie proszę nie utrzymywać kontaktów z tamtym gościem. Bo w tejże korporacji wszystko było poddane ingwilacji. Trzeba mieć jajca aby powiedzieć nie, a mój tamtejszy i były kolega został mózgowo wykastrowany.

Dla ludzi o mocnych nerwach hymn auchan. Totalna prostytucja na życzenie szefostwa. Podaję linka ale nie wiem jak długo będzie aktywny, gdyż auchan stara się go spacyfikować w sieci.



Leżąca poza szlakami nova spiska wieś, posiada przepiękny rynek, czyli najdłuższe wrzeciono rynkowe na słowacji. Warto to miasto odwiedzić latem, gdyż zimą jest martwe. Budynek divadlo, czyli teatru.


czwartek, 04 lutego 2010
Kompek porzucił już szatkę maszyny magicznej o nieodgadnionym wnętrzu, pełnym wiedzy tajemnej jedynie dla wtajemniczonych. W czasie zaledwie kilku lat stał się pospolitym narzędziem codziennej pracy, identycznym w przeznaczeniu jak szpadel do kopania dołów potrzebnych i niepotrzebnych matce ziemi. Kompek to nie cudo, to narzędzie

Kompek to nie magia czy wiedza tajemna albo stwór ze świata innego, z obcej przestrzeni albo galaktyki. Kompek to takie domowe urządzenie jak pralka, lodówka, mikrofala czy telewizor nie mówiąc już o radiu czy kinie domowym. Kompek to zwyczajnie pospolite urządzenie gospodarstwa domowego oraz pospolite urządzenie miejsca pracy biurwy albo biurwa, zależnie jaka płeć ślęczy przed kompkiem za miesięczną kaskę.

Podczas ostatniej późnowieczornej sesji ze starszym synem, usilnie starałem się mu uświadomić status kompka w życiu codziennym. Syn dorastał z kompkiem pod poduszką i być może dlatego traktuje co z czcią nabożną i nie jest w stanie przejść drogi świetlnej w swej świadomości.

Jest grafikiem pracującym dla miasta. Nie pomniejszając jego talentów wyobraźni i manualizacji starałem się mu uświadomić, że na poziomie pracy biurowej dla miasta jest zwyczajnym urzędnikiem, dla którego jakaś kreacja jest jedynie sposobem zarabiania na chleb.

Nie mam na myśli dezawuowania jego pracy, ale wiedząc że ma w sobie twórcze ambicje oraz zdolność i umiejętność ich spektakularnej realizacji, pozostawanie jedynie na poziomie urzędniczej biurwy komputerowej, sprawia, że z każdym dniem zwyczajnie jałowieje.

Jeżeli są ambicje odkrywania nowych przestrzeni i nowych optyk postrzegania świata nie należy wykonywać wyłącznie spraw biurowych, choćby były nafaszerowane ideami i wykorzystywały magiczne moce kompka. 
Aby żyć można jedynie być urzędnikiem. Aby być trzeba tworzyć, a kompek to jedynie narzędzie w zręcznych palcach rozbulgotanej głowy. To istotne chociaż niepozorne rozróżnienie jest cholernie potrzebne aby iść do przodu.

Nie jestem ojcem, który ma parcie na prowadzenie za rączkę swoich dzieci. Moim celem jest obrazowywanie świata takim jaki jest naprawdę, bez ściemniania i idealizowania. Ja jedynie rzucam światło bo mam zdolność jego rzucania na dowolny obiekt, a synowie sami muszą dokonywać swych wyborów.

Bo przecież komputer to jedynie maszyna, taki nowoczesny szpadel. Z jednej strony to tylko szpadel a z drugiej to aż szpadel. I takim szpadlem można swobodnie i twórczo przekopać wyobraźnię. Ale trzeba chcieć.





Zdjęcie przedstawia żelazne torowisko wpadające do mojego także lasu, zasypane śniegiem w baldachimie przytorowych krzewów sośnianych lub świekowych, na kilka chwil ulotnych przed zachodem słońca.

poniedziałek, 01 lutego 2010
Stawiając pytanie filozoficznie, co jest dzisiaj szpadlem, czyli co jest szpadlem dwudziestego pierwszego wieku, odpowiedź przychodzi sama od razu. Szpadlem aktualnego czasu jest komputer, ale szpadel jako szpadel nie przechodzi do muzeum, bo mimo wszystko kompem nie da się wydudlać dołu pod krzak, pod kwiatek, pod dom, pod trumnę. Szpadel stoi w odwodzie, podobnie jak siekiera czy młotek.

To wzajemne powiązanie a mówiąc wręcz szczepienie wzajemne tych dwu narzędzi pojawiło się w wyniku pozornie niezależnych zdarzeń. Całodziennej wizyty w szkole młodszego syna i późnowieczornej rozmowy z synem starszym by piwie w bibliotece pełnej książek, płyt i obrazów, mającej swój niepowtarzalny klimat intelektualnej dopuścić się dysputy o życiu i pracy.

Zbieg okoliczności raczej niż spiskowe zderzenie różnych przestrzeni w jednym punkcie zrozumienia, czyli jakimi narzędziami posługuje się obecny człowiek życia publicznego. Te dwa odmienne światy jednakże mają jeden punkt wspólny. Punktem tym jest nabożne traktowanie komputera.

A przecież dzisiejszy komputer to to samo co szpadel sprzed dwudziestu lat. I jedno i drugie to proste i podstawowe narzędzie pracy robotnika, zwanego dzisiaj pracownikiem. Temat jest dość szeroki i ważki, więc w niniejszej notce poskubię zagadnienie komputero-szpadla w wymiarze szkoły.

Osobą, która w największym stopniu kształtuje oblicze następnego pokolenia jest mimo wszystko nauczyciel. Rodzic jest w tym kształceniu raczej dodatkiem i sponsorem oraz winien być wzorcem moralnym i etycznym, o estetycznym już nie wspomnę. Ale to nauczyciele uczą praktycznej wiedzy, co prawda z różnym skutkiem, ale to oni wykuwają status zawodowy przyszłych pogryzaczy rynku pracy.

I tutaj jest pies pogrzebany nieomal żywcem. Zdecydowana większość nauczycieli ma totalnie blade pojęcie o komputerze jako pospolitym narzędziu współczesnego człowieka. I nie chodzi mi tutaj o wiedzę wyrafinowaną dotyczącą hardware czy software ale o podstawową wiedzę dotyczącą użytkowania kompa.

Czyli znajomość programu do pisania czy kalkulacji, programu do obróbki i edycji zdjęć czy muzyki, posługiwania się internetem czy klientem poczty oraz do zasadniczej znajomości chodzenia po aplikacjach. Wiedza większości nauczycieli sprowadza się do umiejętności włączenia kompa, ale już z systemowym wyłączaniem wiedza jest już kiepściana.

U syna w klasie komp stał bezczynnie ponad pół roku, gdyż szkoła nie miała kasy na informatyka a nikt inny nawet nie chciał się albo nie umiał tym się zająć. A wystarczyło wykonać reinstalkę, bo jakiś dzieciak solidnie namieszał w oprogramowaniu. Mnie w czynie społecznym zajęło to tyle czasu ile jest to konieczne przy reinstalacji systemu.

Nie jestem informatykiem, ale musiałem się tego nauczyć ze względu na grzebactwo syna w oprogramowaniu kompa. Wiem niewiele, ale na tyle wystarczająco, aby poradzić prostym problemom. I właśnie takową wiedzę winien posiadać nauczyciel. A to że wielu uczniów jest go wstanie zagiąć na szczegółach to bez znaczenia. Nauczycielowi dzisiaj nie wolno pozostać albo laikiem albo totalnym nieukiem, bo to cholernie zły przykład dla uczniów.

Nauczyciele musicie się wziąć w garść i podciągnąć do podstawowego poziomu umiejętności pracy z komputerem. Czas szpadla jako narzędzia uniwersalnego do kopania gleby dawno już minął a i świat się zmienił. Mickiewicz jest jeszcze potrzebny jako idea umysłu ale komp jest potrzebny jako narzędzie pracy.

Narzędzie już pospolite i dostępne w każdym żelaźniaku niczym szpadel pod ścianą.




Kilka dni temu ścigałem zachodzącą kulę pomarańczowo-czerwonego słońca, ale niestety mi uciekło za horyzont. Fotka przedstawia pejzaż skuty zimnym śniegiem o krok od wiejskiego domu.

O drugim wymiarze postrzegania kompa jako dzisiejszego szpadla w notce następnej.

czwartek, 28 stycznia 2010
Po przegranej pisuardczyków realna polityka przestała mnie interesować z dwu zasadniczych powodów. Po pierwsze oszołomstwo czwartej rzepy dostało potężnego kopniaka w dupsko opasłe i przestało zagrażać życiu codziennemu. Po drugie w warunkach normalności mogłem się zająć własnymi sprawami bez drżenia umysłu, że o świcie w drzwi kolbami załomocą.

Ale nie oznacza to, że polityka realności przestała mnie interesować, gdyż mniej lub bardziej ingeruje w moje życie codzienne, gdyż polska prawnie i administracyjnie dalej nie jest państwem stabilnym. W dalszym ciągu wzdłuż i wszerz przeszywają krainę mniej lub bardziej drastyczne zmiany, wpływające na życie codzienne, bo polska jeszcze nie okrzepła w demokracji.

Ale od czasu rządzenia platformersów nie odczuwam zagrożenia, że w ciągu nocy kilku oszołomów dokona wywrotki demokracji i nie wyśle policyjnych sił do pacyfikacji, wzorem zomo, które na sztandarach pisuarów dumnie pobrzmiewa. Po prostu mogę spać spokojnie, bo po to jest noc.

Jest oczywistą oczywistością, że partia wygrana wyciąga z gnojowiska obór oszołomów i przekretasów publicznych, podobnych edgarowi, kurskiemu, mirowi i zbychowi oraz im podobnych typkom, którzy dojście do koryta traktują wyłącznie w kategoriach prywaty i zgarniania szmalu. Żadna partia nie jest wolna od zachłannych typów, którzy są zwyczajnie uwikłani ale i umoczeni w ciemne interesiki.

Obecna polityka jest walką na wizerunek i od tego nie ma odwrotu. Tyle tylko, że pod płaszczem platformersów jest wola dokonywania zmian. Zmian i mniej i bardziej spektakularnych, gdyż wywodzą się z idei demokratycznych w przeciwieństwie do pisuarów ciągnących z doktryn carskiego stalinizmu.

Pięć lat temu rozgrywającym pisuarów był kurski nie mając po stronie przeciwnej godnego przeciwnika. Dzisiaj tym przeciwnikiem jest palikot. Podobni są w przekraczaniu barier, ale palikot kładzie na łopatki kurskiego intelektem, medialnością, odwagą i pomysłami. To palikot w lecie będzie zasadniczym rozgrywającym, który co dwa lub trzy dni happeningami ośmieszy i wdepcze w glebę obecnego prezia. To palikot weźmie na siebie rolę bestialskiego klauna, dopiekającego ogniem piekielnym obu kaczyńskim. Dlatego teraz jest taki ugrzeczniony.

Dobrze, że tusk się na razie wycofał z walki o pałac namiestnikowski. Zdecydowanie lepiej być rządzącym niż figurantem a na fotel prezydenta ma jeszcze dużo czasu i cała ta strategi może się okazać konstruktywnie zbawcza dla polski. Całe to obecne zamieszanie pachnie mi modelem putinowskim. Cimoszewicz sprzyjającym prezydentem a tusk dokonującym reform przy zielonym świetle.

Oczywiście taki wariant jest długofalową polityką, ale przy wykorzystaniu wszelkich dostępnych narzędzi public relation, jest on bardzo prawdopodobnie skazany na sukces. Wypuszczenie armat ala palikot, brutalnie niczym dziadek z wermachtu spacyfikuje wizerunek bliźniaków.

Tusk swymi decyzjami o odsunięciu obłoconych ze swojego dworu dokonał wizerunkowego spacyfikowania komisji hazardowej, której niewiele znacząca bijatyka obejdzie go wielkim łukiem. Poświęcił przybocznych, którzy go prostacko zawiedli a tym samym zepchnął wyjców z komisji na peryferia.



Pozornie media wszelkie są uszczypliwe dla platformersów, ale są bezlitosne dla pisuarów i przymrużające oko dla lewicy, która się w sobie kotłuje. Na tym tle wyciszenie służb specjalnych i ucywilizowanie cba jest zabiegiem znakomitym, bo mimo wielkiej inwigilacji społeczeństwa, społeczeństwo tego nie odczuwa na własnych czterech literach.

Czas elektroniki to czas państwa orwellowskiego, czy się nam to podoba czy nie. Bardziej okrzepłe demokracje bardziej zdecydowanie obserwują obywatela.

PS. Autorem pisuarowo-klozetowej laurki dla tuska wydaje mię albo edgar albo jaro. To ich stylowa gatka. Tylko ani jeden ani drugi przecież nie umie obsługiwać komputera poza zdolnością włączenia szpadla obecnego czasu.


wtorek, 26 stycznia 2010

Co by nie mówić zima fajna jest. Porządny i mróz i śnieg. Po ubiegłorocznej zimie bez twarzy teraźniejsza jest zwyczajnie przepiękna. Co prawda siedzę sobie w domu, jeżdżąc jedynie po zakupy do centrum wsi, ale z okien widzę trzaskający mróz i zawiesinę zmrożonego powietrza nad polami.

Wydarzeniem o znamienitym numerze jeden w moim życiu dni ostatnich jest ostra walka piłkarzy ręcznych na mistrzostwach europy. Takie emocje zdarzają się wyłącznie w grach zespołowych. W polszkiej piłce kopanej nic istotnego się nie dzieje i dziać się w kilku następnych latach nie będzie. Ale gdy widzę wolę walki piłkarzy ręcznych na parkiecie to mi serce rośnie.

I chociaż uwielbiam pepiczków z czech, to mam wielką nadzieję, że im dzisiaj chłopaki od wenty solidnie dopierdolą. To jest naprawdę piękne widowisko. Ma w sobie emocje i ma swoje teksty.

Kilka dni temu zakupiłem synowi płytkę grupy boys pod nazwą rock, zawierającą covery największych hiciorów ostatnich trzech dych żywota naszego. Jest wszystko co najbardziej pamiętliwe. 

Boys to po prawdzie disco polo, czyli muza wyklęta w radiach, ale tak po prawdzie mająca miliony słuchaczy. Bo dla kapeli spod znaku disco polo sprzedaż stu tysiączków płyt to pikuś, a dla gwiazd z rozgłośnianych list to jedynie martwe marzenie.

Ale w tym jest dodatkowe dno. Skoro artych ze scen rocka dali zgodę na covery przez zespół disco polo, to znaczy, że ten zespół prezentuje klasą najwyższą. Tuzin lat temu zakupiłem pierwszą płytkę boysów na warszawskim bazarku, stąd mój syn jest ich wielbicielem.

Ta muza się po prostu słucha a jednocześnie jest perfekcyjnie wyprodukowana. Boys nie należy do celebrytów, którzy najczęściej zwyczajnie pierdzą w majty, aby tylko o takowym pierdnięciu ktoś zechciał napisać.


To kolejna fota słowackich tatr. Te góry ze słowackiej strony nieustannie mnie urzekają.


niedziela, 24 stycznia 2010

Co łączy sopocki monciak z zakopiańskimi krupówkami. Pozornie niewiele, bo jedno sunie do morza a drugie wspina pod górę. Ale to tylko pozór, bo cech wspólnych jest bez liku. I tu i tu jest nieomal zawsze tłoczno, czyli ciężarne. I tu i tu spod reklam nie widać miasta, bo napastliwa reklama, tandeciarnia reklam jest wszędobylska.

I tu i tu, poza kamienicami niewidocznymi i trotuarami przepełnionymi, wszystko inne jest kiczowate.Obrzydliwe stragany ociekające chińską tandetą z napisami polskich miast, kawiarnie i bary, gdzie nie można spokojnie zjeść, bo kolejni goście wzrokiem plują w jeszcze pełny talerz a krzesło na którym siedzisz wyobraźnią wyrywają spod dupy.

W lokalach gastronomicznych nie toczą się dyskusje a jedynie snute są miałkie historyjki, z których nie wynika wiele więcej poza paplaniną obszarpanych słów, odbijanych w szklankach i powszechnym harmiderze. Normalne życie wymarło, króluje totalna błazenada. Jednym słowem monciakowaka psychoza, albo krupókowskie popierduchy.

Prasa papierowa z dnia na dzień umiera po maluczkim kawałeczku. Z powszechnie szanowanych wczoraj gazet i tygodników wycieka treść istotna a rozgaszcza się totalna pogoń za sensacją, najczęściej zmyśloną w oparciu o drobne fakty z rzeczywistości. Inwazja tabloidów nadchodzi z wielka pompą i w świetle jupiterów, niczym szarańcza miałkich celebrytów.

Funkcję informacyjną przejmują serwisy internetowe, pisane byle jak na kolanie i opatrzone tytułem, który nie znaczy nic ale jest widokowo nośny. Tak więc wszystko to tragedia, dramat, apokalipsa, tsunami i chuj nawet nie wie co jeszcze zostanie postopniowane do najwyższej potęgi. Sama treść jest bez istotnego znaczenia, bo jedynie istotny jest efekt oszukania internauty jedynie po to aby kliknął na linka, bo to podnosi cenę za reklamę.

Wszelakiej maści przepowiadacze strzelają myślowymi bąkami, strasząc pospólstwo katastroficznymi wizjami. Nic już nie zostało piękne ani powabne. Wszystko jest do dupy i wszystko dookolne da wszystkim mocno pod dupie. Przepowiadacz dzisiaj wieszczy kolejny kryzys, jutro zaś wieszczy zbawienie, by pojutrze ogłosić kolejny kryzys.

Propaganda psychozy, strachu, beznadziejności wycieka z form papierowych i wirtualnych na każdym możliwym kroku. Jutro nie ma przyszłości, nie ma alternatywy, jest jedynie o dupę potłuc. Jutra nie będzie, a jak będzie to i tak go nie będzie, bo przepowiadacze obrzydzają nawet poranną kawę. Otwierając wrota internetu można się zachlastać na dzień dobry z powodu braku jakiejkolwiek perespektywy.

Zamiast poważnych refleksji zalewa na myślowa tandeta, dokładnie tej samej brzydoty co chinolska tandeta zalewająca obficie stragany na monciaku i krupówkach.  Istotna myśl jest bez znaczenia. Co więcej jest niepotrzebna, bo wywleka na powierzchnię oliwy tandetność dnia codziennego.

Dzisiaj cholernie przypomina propagandę komuny czasu wojennego. Jedno wielkie okłamywanie i paplanie o niczym. O ile tam jeszcze tliła się jakaś idea, o tyle teraz idee nie mają żadnego poważania i prawa bytu i pobytu. Istotna jest jedynie plastikowa papaja całkowicie pozbawiona treści i etosu.

Psychoza apokalipsy jest naczelnym marzeniem redaktorów i wydawców walczących zajadle i bezpardonowo o sprzedaż egzemplarza papierowej gazety albo o klikniecie. Reszta jest gówno już warta. 



czwartek, 21 stycznia 2010
Odwołanie prezia w łodzi to spektakularny przejaw demokracji. Wynik bliski setce świadczy o tym, że mieszkańcy mieli go dość. Oczywistość jara, że wygrał chociaż przegrał, znakomicie wpisuje się w strategię pisuarów, aby społeczeństwo obrzydzić demokratyczne wybory, bo gdy będzie niska frekwencja, to może pisuary dorwą się do władzy.

Obywatel ma obowiązek iść na wybory i ma niezbywalne prawo do dokonania wyboru zgodnie z samym sobą. I jak widać pomimo dość silnego mrozu w niedzielę łodzianie poszli do urn. Polityk nawołujący do bojkotu wyborów winien zapaść się pod ziemię i już z pod niej nie wychodzić.

Brak charakteru i kręgosłupa oraz brak wizji to najbardziej dotkliwe wady włodarzy na świeczniku, którzy nader szybko zapominają komu i po co mają służyć, poza samymi sobie. To powszechna i zaraźliwa arogancja władzy, a na to jedynym lekarstwem jest wypierdolenie z hukiem z urzędu. Tu i teraz i natychmiast.

Tak samo powinno się stać w lublinie, ale niestety się nie stanie. Takiego migotkowego lenia na fotelu prezydenckim nie pamiętam w tym mieście. Praktycznie poza postawieniem basenów nad pobliskim zalewem przez trzy lata nie zrobił nic dla miasta. A jeszcze większymi leniami i potakiwaczami się otoczył.

Zaszyty w gabinetach urzędu przyjął najbardziej durną filozofię władzy. Jak nie będę podejmował żadnych decyzji to nikt się do mnie nie przypieprzy. Totalnie zapomniał, że jest przede wszystkim po to aby podejmować decyzje a rada miasta jest od patrzenia mu na ręce. 

Ten facet uczył na politechnice w czasie gdy ja studiowałem. Popytałem kolegów o niego, żaden go nie pamiętał, chociaż mieli wpisy w indeksach z takim nazwiskiem. Znający go wykładowcy na pytanie znacząco machają ręką i ślą ironiczny uśmieszek.

Szkoda, że palikot nie chce tego wyraźnie dostrzec, że cztery lata lublin ma znowu w plecy. Pozorna dobrze wykonywana ale nikomu niepotrzebna praca. Nie umiem oprzeć się wrażeniu, że lokalni politycy od tuska są ignorantami samorządowymi krwi czystej i nieskażonej myśleniem. Zapewne pochodzą z łapanek.

Znam jeszcze jednego podobnego gagatka, wójta z pobliskiej gminy, który także nie jest na urzędzie po to aby pracować na rzecz społeczności gminnej, lecz by dobrze zadbać o prywatne interesy swych kamratów. A do tego ma daleko w dupie prawo administracyjne i przy każdej okazji je łamie z bezczelny sposób.

Jeszcze ze dwie kadencje i spadkobiercy komunistycznego myślenia z powodu postarzenia się znikną z zarządzania lokalnymi samorządami, może wówczas coś w wielu miejscowościach tego kraju drgnie.



Niby prezio wasilewski przekaże lublin w stanie nienaruszonym. Nic nie zrobił i nic nie spieprzył. Śmiać się i płakać.

PS. Temu posmarkowi potrzeba jest dwu lat, aby podjąć decyzję o publicznym kiblu.  Chrząszcz brzmi w szczebrzeszynie i tyle jego.



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 28
Skopiuj CSS