życie to jednakże nieustannie przepiękna bajka i nieomal każdego dnia dostarcza wielu przepiękności pod warunkiem noszenia przy dupie brzytwy na czerwonokrwiste poziomki
piątek, 18 maja 2007

Foch jest jednym z najciekawszych zjawisk zachodzących pomiędzy dwoma osobami, niekoniecznie płci przeciwnych. Co ciekawe, zjawiskiem absolutnie niepotrzebnym i calkowicie zbędnym, ale trwale obecnym w życiu codziennym. Foch nie niesie ani sobą ani w sobie jakiejkolwiek treści, jest pustostanem umysłowym i duchowym, ale jest wyciągany powszechnie i ochoczo, niczym zdechły krolik z kapelusza z wielkim otworem.

Wyróżniamy dwa rodzaje fochów, okresowy oraz trwały. Foch okresowy trwa z reguły do kilku minut  i nie wymaga żadnych specjalnych gestów w stosunku do osoby która ma focha . Foch trwały jest o wiele bardziej poważną sprawą , wymaga często wykonywania dodatkowych gestów i czynów. Ale genaralnie najlepszą ripostą na rzucanie focha jest go totalne olanie. Olanie focha to piącha między oczy osoby, która bryzga fochem gdyż inaczej nie umie się wysłowić ani wyrazić. Taki foch jest niczym strzał kulą w płot.

Skala tego zjawiska jest ogromna i cholernie upierdliwa w codzienności. Praktycznie każdy przeciętny człowiek miał kiedyś focha i duży procent to foch trwały. Podobno badania nad zjawiskiem focha, jako zasadniczej relacji pomiedzy ludźmi są intensywnie prowadzone, ale nikt nie wie gdzie i jak. A foch ma się znakomicie i bujnie rozkwita na bezbrzeżnych połaciach głupoty ludzkiej.

Strzelanie focha i rzucanie focha to to samo zjawisko. Foch jest wyrazem braku umiejętności zareagowania na określone i realne sytuacje, podjęcia konstruktywnej polemiki, dostrzeżenia faktów takimi jakimi są. Skoro umysł nie umie zareagować w sposób powszechnie zrozumiały, sięga do tej części swojej kory mózgowej, która jest odpowiedzialna za pustkę. Jednym słowem rzucanie fochem jest wyrazem pustostanu umysłowego, uwiądu postrzegania rzeczywistości, brakiem słów i gestów. Strzelanie focha to strzelanie próżną umysłową, jaka wytwarza się w kontakcie z realnością.

Foch jest również przejawem umysłowego lenistwa. Bo po jaką cholerę wytężać mózgownicę, aby odpowiedzieć na zdarzenie, kiedy morzna pierdolnąć fochem i niech się martwi kto inny, co z tym fochem uczynić i jak zadzialać, aby foch zwinął swoje czułki. Reakcja winna być konstruktywnie stanowcza. Totalnie olać focha. Jest to bardzo daleko posunięty brutalizm, gdyż strzelajacy focha nagle zostaje w nim i z nim sam na sam i nie ma bledego pojęcia, co ma z tym samodzielnie przygotowanym gównem uczynić. Lubię się przypatrywać ludziom uwięzionym we własnej durności codziennej.

Foch jest zjawiskiem powszechnym, ale bardziej dotyka młodych ludzi niż dojrzałych. Z braku umiejętności oddziaływania na rzeczywistość, młodzi ludzie sięgają po focha, aby zaistnieć i aby zakumunikować iż są. To, że młody foch niczego nie niesie swą beztreściowością jest w tym wypadku bez znaczenia. Demonstracja pustostanu jest ważniejsza od treściowości.

Foch równie często dotyka facetów jak i babeczki, ale foch facetowy częściej należy do focha trwałego niż okresowego. Babeczki częściej używają focha celem manipulacji otoczeniem, w celu osiągnięcia prozaicznych korzyści natychmiastowo. I co najgorsze te korzyści osiągają, na ten przykład, aby zajęty czymś facet dostrzegł ich obecność i tu i teraz. Stosują focha, bo nic lepszego nie mają w swym orężu. Faceci rzucają fochami, aby zakreślić swoją odrębność terytorialnie albo aby przywołać zfoszone babeczki do rzeczywistości.

Foch jako taki bezsensowny gest nie jest tożsamy z obrażaniem się. Obrażanie się wychodzi z jakiegoś powodu, chociaż nie zawsze tenże powód jest istotny a jakże często banalnie nieistotny, wręcz durny. Foch wyłazi z absurdalności czasowej głupoty albo amnezji umysłowej i obrazuje kompletną nicość wyobraźni i rozumu. Ale foch ma taką właściwośc, że dość łatwo przechodzi w stan obrażenia, szczególnie gdy nie zostaje dostrzeżony, gdy nie ma na niego oczekiwanej przez fochacza reakcji, albo gdy został zwyczajnie olany, czyli gdy zastosowana została wobec focha broń nuklerana.

Świat codzienny przepełniony jest mnóstwem idotyzmów i bzdurstwa w zachowaniach i gestach. Ale foch zdecydowanie przewodzi tym zachowaniom i gestom, dzięki całkowitemu oderwaniu od rzeczywistości wszelkiej i kumulacji absurdu w kropce pustki. O ile nawet kropka jest zdolna pomieścić w sobie bezmiar pustki jako takiej.

08:42, randalkk
Link Komentarze (1) »
czwartek, 17 maja 2007

W zdecydowanym stopniu jestem egoistą. Dla samego siebie jestem przepięknym, egoistycznym męskim szowinistą, ale bez niepotrzebnej agresji wobec innych, ze szczegolnym uwzględnieniem babeczek. Dla innych, wszelkich innych, jestem zapewne pierdolonym egoistą, ale prawdy nikt w żywe oczy mi nie powie, bo jak spojrzeć w oczy i uszy egoiście, który zawsze ma odpowiedź na wszystko, a jak o czymś nie ma bladego pojęcia, mówi wprost - ja to pierdolę.

Oczywiście w tym miejscu pojawia się istotne, ale nie zasadnicze czy fundamentalne, pytanie, czy warto być egoistę wobec świata jako takiego. Odpowiedź jest klarowna, tak, zdecydowanie opłaca się być egoistą wobec świata, ale egoistą pozbawionym i wolnym od agresji wobec otaczającego świata.

Dzisiejszy świat jest demoktaycznie wolny od wszelkich zasad altruizmu, czy nawet tak wmawianego naiwnym asertyzmu. Dzisiejszy świat, codzienność dnia każdego swoim immementnym egoizmem powala na łopatki na kroku kazdym. Jak ktoś lubi dostawać z liścia po facjacie niechaj pełni rolę frańciszka, co nadstawia drugą strone lica. Jak walą z piąchy albo z liścia, to należy sprytnie zrewanżować się tym samym, aby pozostać w zgodzie ze sobą samym, ale nie należy zwiekszać agresji, chociaż w każdym z nas drzemie potrzeba dopierdolenia set razy więcej w rewanżu na naszą krzywdę. Wydłubanie oka za nasze oko wydłubane jest reakcją naturalną i co ciekawe zgodną z prawem boskim, acz nie z religiją, którą i tak zdecydowana większość ma daleko w dupie, wyłączywszy obrzędowość.

Naturalny egoizm wyznacza jednocześnie terytorium człowieka. Egoista nie pozwoli sobie, aby jakiś obcy wparadował w zabłoconych czy podszytych gównem buciorach w jego autononomiczny świat. Egoista bez przerostu prostaty i bez śkoślawienia mózgu, oddaje jedynie kiedy otrzymal, po bieżących kursach wymiany. Te drobne różnice wartości walut są nieistotne, bo nie zachwiewają zdrowym relacjom.

Naturalny w sobie samym egoista pomierza ludzi miarą czasu. Jesteś tyle blisko ile ja wytrzymam, albo ile wytrzymasz ty. Potem drogi definitywnie się rozchodzą, bo czas nie wytwarza próżni jako takiej, a jedynie wytycza odnośniki do historii i oczekiwań. Ludzie są uwikłani w czas bieżący i nie sposób przywiązywać do tego najwyższą wagę. To czas wyznacza towarzyszy życia a nie pragnienia czy oczekiwania.

Upływ czasu szatkuje ludzi z otoczenia egoisty. Ale to sztkowanie w wyniku którego następuje proces odpadania, wcale nie oznacza, że ci co odpadli są odrażający, brudni i żli. Czas ich zweryfikował z impulsu naszego umysłu i oddalił ich z naszego terytorium. Zapewne czasem z tego powodu poczują się źle, ale to jest cena placona za dopuszczenie na teren prywatny.

Bycie naturalnym egoistą, bez skłonności do nieuzasadnionej agresji wobec innych jest naturalnym stanem pojedyńczego człowieka. Z tej postawy etycznej wynika dość często czasowa samotność, ale ta często dojmująca samotność jest ceną jaką trzeba uiścić za bycie normalnym i czujnym na świat. Świat taki jaki jest w swej codziennej realności.

11:27, randalkk
Link Komentarze (2) »
środa, 16 maja 2007

Kiedy bylem i czułem się miejskim szczurem, podziwiałem równo przystrzyżone trawniki, zadbane alejki, wyłożone kostką, kompozycje kwiatowe z bratków albo tulipanów na miejskich rabatach. Cieszyłem się, że przyroda wzdłuż moich dróg jest uporządkowana i schludnie przycięta. A wlaściwie, że jest poskromiona i ujarzmiona. Czyli zaprojektowana.

Jako czlowiek dojrzewający za komuny, mialem wypaczoną estetykę, postrzeganiem otoczenia w sposób brudny i byle jaki. Bo komuna jako taka, nie tylko dlawiła umysł, ale również pacyfikowała poczucie wrażliwości na piękno, zewsząd epatując brzydotą, nieuporządkowaniem, totalnym balaganem, wręcz turpizmem. Komuna nie chciala być piękna, chciała być skuteczna, a brzydota przestrzeni w swej bałaganiarskiej ruinie, istotnie przyczyniala się do zniewolenia umysłu, nawet na tym polu.

Za wiejskiego dzieciństwa, największe wrażenie robił na mnie klomb wprzed stacją pkp. Było to takie okragłe rondo, z mini parkiem wewnątrz. Rosły tam modrzewie, na których non stop siedziały i krakały kawki, a na ziemi porastaly pomiędzy ławkami bratki kolorowe. Taki sam klomb był przed moją wiejską szkołą, ale już takiego zachwytu nie wzbudzał. Dzisiaj budynek stacji jest zabity płytami wiorowymi, a klomb jest zabetonowany. Tamtego świata już nie ma.

Las dzieciństwa, po przeciwnej stronie drogi jawił się jako dżungla, po której sprytnie przemykaliśmy, bawiąc się w wojnę albo rycerstwo. Las porastały drzewa wszelakie, począwszy od sosen, poprzez dęby, graby, jesiony, brzozy i modrzewie. Niżej wiła się leszczyna, jarzębina oraz jałowiec. Jeszcze niżej rosły wielkie paprocie i skrzypy, a niżej jeszcze mchy, porosty oraz zatrzęsienie grzybów i jadalnych i trujących i byle jakich.

Dzisiaj tak bogaty las to jedynie wspomnienie. Dzisiaj pozostały jedynie nieliczne sosny i graby. Nie ma żadnych krzewów ani nie ma paproci, grzyby pojawiają się sporadycznie. Las został zwalcowany przez człowieka, pozostała po nim jedynie wietrzna przestrzeń, a pomiedzy drzewami spokojnie można jeździć autem. Człowiek sąsiadujący z lasem zdewastowal go skutecznie, czyniąc z niego wysypisko śmieci. Nie aby przyjeżdżający śmieci w nim wysypywali. Śmieci wywalają do lasu okoliczni sąsiedzi, bo jest im tak wygodniej, bo to nic nie kosztuje. Co gorsza jest na to społeczne przyzwolenie. Jestem tym wkurwiony do ostatniego włókna nerwowego.

Moda uporządkowanej miejskiej przyrody, z miasta przeniosla się na wieś. Nie ma fantazyjnych ogrodów, nie ma charakterystycznej odmienności. Przed kazdym domem jest podobnie. Skalniak, tuje, jakieś świerki i kostaka brukowa, koniecznie wyeksponowana. Dominuje beton pod wszelką postacią, aby sobie nie pobrudzić butów. Wiejskie miasto, miejska mentalność przyrodnicza na wsi. I dookolny beton.

Po prawie półrocznym pobycie na wsi wypatroszyłem się z miejskiego szczura i ponad wszystko cenię sobie wlaśnie nieuporządkowanie, pewną drapierzność natury i jej naturalną naturalność. Ponownie uwielbiam zapomniane przez żywych roztocze, gdzie natura nie została spacyfikowana. Uwielbiam chodzić nad leśny staw, gdzie człowiek niczego nie dotyka, bo nic z tego nie ma dla siebie samego, więc natura żyje swoim prawem.

W tym utworzonym naturalnie stawie jest wszystko, co kiedyś było w każdym rozlewisku. Kwitną na żółto kaczeńce i wodne lilie, swobodnie pływa wodna rzęsa, rosną wodne skrzypy i jest moczarka kanadyjska. A nad tym wszystkim królują kolorowe żabki, których rechot niesie wietrzny las.

Właśnie nad ten cichy leśny staw chodzę, gdy mam pragnienie dotknięcia przepiękności natury, nie zwalcowanej przez drapieżnego człowieka.

11:18, randalkk
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 15 maja 2007

Z natury spełniam rolę ojca. I dobrego i niedobrego. W pewien sposób również pełnię od czasu do czasu rolę matki dla swoich synów. Tak się ułżyło życie, z którego przebiegu ja sam jestem zadowolony, a być może moi synowie nie, ale to już jest wyłącznie ich problem.

Młodszy syn, z nieznanych mi dotychczas powodów, nie przeżywa na codzień większych problemów z powodu braku matki. Cieszy się, kiedy ona do niego dzwoni, opowiada jej co robi i co robił dotychczas. Z powodu codziennego braku matki nie jest zamknięty w sobie, a moją wybrankę życia traktuje nie jak matkę, ale kobietę która jest dla niego dobra i tą dobroć odwzajemnia w codziennych czynnościach.

Niegdyś, bardzo często wszczynał awantury bez powodu, teraz nawet jak jest zestresowany szkołą czy czymś innym, zachowuje się w miarę poprawnie i jest bardzo opiekuńczy wobec mojej wybranki życia a wobec mnie pogodny.

W tamten weekend poprosił mnie, abym porozmawiał z ex, która zaniepokoiła się jego stwierdzeniem iż był chory. Bo faktem jest że z początkiem maja, zarówno on jak i ja zapadliśmy na grypę wirusową, z którą walczyliśmy ponad tydzień. Po trzech latach w końcu porozmawiałem z ex, która została w ameryce. I okazało się, że tak naprawde nie ma zielonego pojęcia, co się dzieje z jej dziećmi, mimo, że rozmawia ze starszym synem, jej teściową, która jest moją matką, oraz z synem młodszym oraz ze swoją biologiczną rodziną, zajetą wyłacznie sobą.

Wraz z każdą przysłaną paczką wkurwiałem się iż załączone ciuchy nadają się na wszystkich, ale nie na młodszego syna. Okazało się iż nie ma bladego pojęcia jaki on ma wzrost oraz jaką budowę ciała. Usłyszała to ode mnie. Ponadto powiedziałem jej, że amerykańskie słodycze nie nadają się tutaj do jedzenia, bo są pozbawione smaku. Odniosłem wrażenie, iż nie ma bladego pojęcia o tym jak obaj synowie żyją. Rozmawiałem chłodno i treściwie, wyłącznie o wspólnych synach, nie wnikając ani w jej życie, ani tym bardziej nie opowiadając o sobie.

Ze swoją matką pozostaję w ostrym konflikcie wokół ex, gdyż ona uważa, że mój obecny związek z kobietę nie jest tym co ją satysfakcjonuję. A ja w tym wypadku pierdolę serdecznie jej zdanie i mam daleko w dupie jej usilne pragnienie, abym ocieplił relacje ze swoją ex. Mnie to jest niepotrzebne do niczego, a szczególnie do życia codziennego. Nie mam zwyczaju powracać do przeszłości, nawet jeżeli dotyczy to wspólnych dzieci.

Nie mam pojęcia o czym starszy syn gada ze swoją matką niezliczonymi minutami. Jest dorosły, więc to nie moja brocha. Ale wkurwiło mnie, że ex nie ma również bladego pojęcia, co on robi i dlaczego robi tak a nie inaczej. Wkurwiłem się na niego, że to ja musialem wiele rzeczy wyjaśniać, począwszy od życia codziennego po życie studencie i wprowadzane w życie pasje. Czy to ja ciągle kurwa mam być tym co objaśnia świat w zwrotach zrozumiałych. Ja to już pierdolę serdecznie.

Uwagę mojej matki, że ex była zadowolona z klimatu mojej rozmowy z nią, zbyłem pierdolonym śmiechem, gdyż celem było objaśnienie codzienności a nie nawiązanie jakichkolwiek relacji. I to, że nagle dla ex stałem się osobą wiarygodną mnie lata koło pióra. Ale wkurwiło mnie to, że właśnie ja muszę opisywać świat realny w jakim żyją moi synowie. O czym do kurwy nędzy oni z nią gadają.

Światek relacji ze starszym synem jest bardzo dziwaczny. Nie wymagam od niego praktycznie niczego, poza okoazjonalną pomocą w czynnościach, jakie ja sam nie jestem w stanie wykonać. Nie oczekiwałem od niego jakichkolwiek deklaracji, ale gdy sam coś deklarował to przyjmowałem to za dobrą monetę. Dla mnie powiedzenie, że zrobię to czy to jest zobowiązaniem, od którego nie uciekam. Dla mojego syna, jego słowo jest mało wiarygodne. Po prostu nie dotrzymuje słowa przez siebie wypowiedzianego. Nie ma dla niego większego znaczenia, że w trakcie jego pobytu na wsi pomoże mi w czynnościach jakich sam nie dam rady wykonać. Nie ma dla niego znaczenia, iż od jego pomocy w konkretnych sprawach, zależy ciąg dalszy moich prac remontowych. Mam wrażenie iż dla niego jest mało istotnym, czy jest mi do czegoś potrzebnym czy nie. Po prostu kładzie lagę na to, więc ja sam już przestałem na niego liczyć w jego obietnicach.

Sprawę zfinansowania remontu łazienki w mieszkaniu w którym on sam mieszka, załatwilem z ex w jedną minutę, jemu nie wystarczyło ponad pół roku. Chciałbym, aby żył w normalnych warunkach, ale skoro ja sfinansowałem część remontu mieszkania, to pozostałą część finansuje ex, tym bardziej iż jest to wyłącznie jej mieszkanie.

I kurwa ja tego nie umiem zrozumieć. To olewatorstwo mnie wkurza do żywego. Umówienie się na cokolwiek ze starszym synem graniczy z cudem, wykonanie z jego strony jest zwykle do dupy, pod względem punktualniości czy jakości wykonania. Nie umiem tego zrozumieć ani nie umiem tego zaakceptować. To mnie zwyczajnie wkurwia. Ale mniejsza o mnie, bo tak czy tak dam sobie radę jakimś sposobem, ale wkurwia mnie druzgocąco gdy mój młodszy syn pyta, czemu jego bratek nie przyjeżdża.

No i chyba znowu doszedłem do punktu, gdzie to wszystko mam daleko w dupie, bo szkoda moich słow i moich nerwów, czy moich przemyśleń albo oczekiwań. Ja chromolę iż to ja mam być na gwizdek, pozostawiam to biegowi zdarzeń. Będzie to będzie, nie będzie to niebędzie. Szkoda zdrowia.

Syna mojej wybranki, osiemnastolatka najzyczajniej przełożyłbym przez kolano i mu solidnie wpierdolił w dupę, ale nie jestem jego ojcem, więc tego uczynić nie mogę. Ale gdy wybranka jest wkurwiona zachowaniem swojego syna, którego fochy są na poziomie siedmiolatka, mam ochotę wsiąść w auto i pojechać do niego z pasem rozgrzanym do czerwoności.

Syn wybranki jest patentowanym leniem do którego przemawia jedynie kasa. Nie ma żadnego poczycia obowiązku wobec matki, która wyłącznie go finansuje. Po jego ostatnich fochach podczas pobytu na wsi, przekonałem swojego skarbeczka, aby go przetrzymała i nie dawała mu zarobić. Powodem jest fakt, iż ona nie może znosić jego życiowego rozpierdolenia, jego sfoszenia bez istotnych dla wybranki powodów, czy jego pojebanych pretensji o nieuprane ubrania. Powiedziałem skarbeczkowi swemu, że musi być twarda wobec syna, bo inaczej przez niego osiwieje, co mnie osobiście zupełnie nie interesuje. Zawsze może przyjechać, ale musi mieć szacunek dla swojej matki a jeżeli szacunku nie będzie, to mu w końcu zwyczajnie wpierdolę.

Zastanawiam się nad tm czy ja również w wieku moich synów, byłem równie upietdliwy i egoistyczny. Na pewno wobec ojca byłem bezwzględny, ale od niego nic nie oczekiwałem i niczego nie dawałem. Po prostu zamilkłem. Wobec matki byłem jednoznaczny, tak tak, nie nie. To, że byłem przez nią uważany za nieudacznika, po pewnym czasie zwyczajnie olałem. Do dzisaj nie usłyszałem dobrego słowa, dlatego mam jej opinie daleko w dupie.

Być może zbyt wiele oczekuję od swoich dzieci, ale po przekroczeniu pewnego wieku, relacje powinny być klarowne i czyste. Powinny być dorosłe, bo taki jest świat, a moją rolą już nie jest rola nianki.

Coś za coś.

20:38, randalkk
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 14 maja 2007

Każdy ma swoje miejsca do których lubi wracać lub powracać. Miejsca które niekoniecznie mają moc mityczną ale które są urokliwe same w sobie przez to jakie są. Mnie takie miejsca oczyszczają duszę i umysł i wcale niekoniecznie są to miejsca dalekie czy egzotyczne.

Przez wiele lat jeździłem nad niedalekie jezioro, będące jednym z wielu na pojezierzu. Było bardzo zaciszne i skryte pośrodku lasu. Poza krystalicznie czystą wodą było nieomal opuszczone przez ludzi. Niedaleki sklep zaopatrywał nielicznych gości w zimne piwo, które można było bez problemu popijać nad samą wodą. Dzisiaj jezioro jest dalej piękne, ale nie jest już czyste i zalega go nieustannie tłum rozwrzeszczanych ludzi. Piwo w licznych fastfoodach jest byle jakie i ciepłe. Wszędzie kłębiące się pojemniki ze śmieciami i ubita ziemia wzniecająca tumany kurzu od szurających butów.

We wczesnej ale już pionowo postrzeganej młodości, nie jeździłem nad jeziora ale w upalne dni szedłem przez las nad stawy, gdzie bez problemu można było popływać i porządnie się wymoczyć. Każdego roku kąpieliskiem był inny staw, w którym woda była najczystrza a dno piaszczyste. Wszystko zależało od tego czy robotnicy z pegieru solidnie przyłożyli się do oczyszczenia dna przed zimą i czy woda poradziła sobie wiosną z zielstwem porastającym brzegi.

Jednakże jeden staw, kończący niejako stawowisko wzdłuż strumienia wodnego był przez całe lata najważniejszym. Po pierwsze był stawem najbardziej rozległym i o dnie piaszczystym. Po drugie był stawem najgłębszym na korycie strumienia. Po trzecie kończył się betonową trójdzielną śluzą, po której woda chałaśliwie spadała niżej i rozpoczynała rzeczkę przecinającą całą wieś. Z tej śluzy można było swobodnie skakać na głowę do wody i wyczyniać różne inne sztuczki.

Na początku sezonu zwykle karczowaliśmy jakiś kawałek brzegu z tataraku, aby stwożyć kawałek piaszczystej plaży, gdzie można było się wylegiwać w słońcu. Była to nieustanna walka z tatarakiem, który uparcie wracał na wcześniejsze miejsca porastania. Była czysta woda, ciepły i czysty piasek i starsi koledzy którzy bezwzglednie czuwali nad bezpieczeństwem młodszych, nawet jeżeli ich osobiście nieznali.

Dzisaj tego stawu już nie ma. Prawowity właściciel po odyskaniu stawu zniweliwał jego brzeg, wylał wszelką wodę i pozostawił niecką z płynącym zawijasowato strumyczkiem przyrodzie. Niecka dziczeje, porasta olchami i toplolami, krzakami grabu i nielicznym już tatarakiem. Betonowa śluza góruje bezczynnie nad strumykiem, który ją teraz omija bokiem. Powstaje kawałek dzikiej przyrody.

W wielu miejscach potworzyły się podmokłe torfowiska z resztkami różnorodnych roślin wodnych. Właśnie na te torfowiska pojechaliśmy w niedzielne południe. Posiedzieliśmy na śluzie popijając schłodzone piwo, a potem weszliśmy na torfowisko, szukając roślin do oczka wodnego. Znalazłem wszystko co chciałem, począwszy od dorobnej rzęsy wodnej łowionej druszlakiem po kwiaty kaczeńcy, które dawniej żółciły brzegi i stawów i rzeczki, a które teraz są już rzadkością.

Postawowa niecka jest mimo wszystko miejscem urokliwym i przepięknym. Panuje w niej absolutna cisza, wzmocniona szemraniem strumyczka. Dookolny las wyłapuje wiatr. Nie ma wogóle ludzi, którzy jakby zaniechali przebywania pośród dzikiej, nieucywilizowanej przyrody. I chociaż cywilizacja jest tuż tuż, to jest nieomal nieodczywalna.

Drobna wycieczka a tak wiele przyjemności. I z zastanej ciszy i ze znalezionych roślinek do oczka, ktore dzięki nim nabrało i rumieńców i uroku własnego.

00:01, randalkk
Link Komentarze (2) »
sobota, 12 maja 2007

Maj niegdyś kojarzył się z miesiącem wiosennych miłostek albo i miłości. Babeczki ostatecznie żegnały i co istotne wciąż żegnają w tym miesiącu, zimowe szmatki, odslaniając nogi i dekoldy oraz wprawiając w ruch mniej lub bardziej zgrabne pośladki. Rownież w maju przyroda jest najbardziej soczysta dzięki zieleni nie spalonej jeszcze słońcem.

Ale maj to również pierwszokomunijne szaleństwo. Kołowrót nieustannych prób maszerowania po kościelnych posadzkach, maniakalnego powtarzania ceremoniału, jednym slowem mordowania dzieci w imię poprawności obrzędu. Co prawda dzieciarnia jest straszliwie przejęta i dumna i skwapliwie poddaje się torturom.

Torturowani są również rodzice i rodzice chrześni. Ci pierwsi wydają majątek na suknie i garnitury, czasem zdecydowanie wiecej niż przy okazji swojego, jeszcze nie tak dawnego ślubu. Ci drudzy łamią sobie głowy jaki prezent zafundować chrześniakowi, aby nie poczuł się gorzej od reszty koleżanek i kolegów. Jednym slowem na wszelkich frontach trwa mozolna walka z czasem, z kasą i ze zmęczeniem.

Moja pierwsza komunia miała miejsce w niedalekim i przepięknym kościółku, za lasem i przepastnymi stawami, jak je jako ośmiolatek postrzegałem. Aby do niego dotrzeć musiałem pokonywać kanał między groblami po wąskiej drewnianej belce spajającej brzegi. Jako jeden z trzech komunistów, ubrany byłem na biało i w krótkich spodenkach. Na nogach oprocz tego mialem białe lakierki i podkolanowki. Wygladałem super.

Z calej ceremonii, która trwała ponad trzy godziny, pamietam jedynie dwie rzeczy. Po pierwsze niesamowity ścisk w jaki zbili wszystkie dzieciaki komunijne przybyli na uroczystość dorośli, którzy w dupie mieli naszą wygodę i swobodę, ale pragnęli za to dopchać się do ołtarza. Drugą rzeczą było wspólne zdjęcie ze wspaniałym księdzem, który jeszcze w maju zrzucił sutannę dla kobiety. Na tej fotografii jestem napięty w policzkach do granic wytrzymalości, bo gumka od krawata ściskała mi niemiłosiernie szyję, a pomiędzy lekierkami trzymam okazaly liść dębu.

Uroczystości okolostolnej nie pamiętam zupełnie ale odkonale pamiętam prezent komunijny, czyli sowiecki zegarek z siedemnastoma kamieniami. Im wiecej kamieni tym zegarek był w naszym mniemaniu lepszy. Następnego dnia w szkole wzajemnie ogladaliśmy swoje zegarki, dumnie noszone na rękach. Praktycznie pod koniec lat sześćdziesiątych inny prezent niż zegarek nie wchodził w grę. Jedynie syn weteryniarza dostał rower.

Poza tym majowe wieczory kojarzą mi się dodatkowo z modlitwami majowymi, jakie okoliczne staruszki wyśpiewywały po przydrożnym krzyżem po drugiej stronie ulicy, wówczas jeszcze polnej i z kocimi łbami. Dzisiaj już nie ma tych majowek, ale krzyż kazdego roku jest starannie dekorowany wieńcami i obsadzany majowymi kwiatkami.

To żółte na horyzoncie pod lasem, to łan kwitnacego rzepaku, dość obficie uprawianego w okolicy, chociaż jak już wiadomo, rolnicy z rzepakiem zostali wpuszczeni w kanał. Ale żółte łany wyglądają przepięknie.

10:22, randalkk
Link Komentarze (1) »
piątek, 11 maja 2007

Zimą minioną siedziałem przy nowozakupionym stole kuchennym, wchłaniając bursztynowe procenty i przypatrując się kuchni węglowej, którą rok wcześniej poprawiałem gdy hydraulicy wymieniali rury, doszedłem do wniosku, że kuchnia nie zaspokaja mojego dobrego smaku, tak wyglądem jak i funkcjonalnością. W pewnym sensie istotny jest dla mnie wygląd codziennego otoczenia pod względem jego zgodności z moją wyobraźnią. Złe szczegóły mnie stale i podświadomie drażnią.

Postawienie nowej kuchni albo inaczej nazywając pieca węglowego to zadanie trudne podwójnie. Po pierwsze znalezienie sklepu w którym można zobaczyć i nabyć kafle oraz akcesoria żeliwne i żelazne do pieca graniczy z cudem. W kozim grodzie, gdzie mi najbliżej takowego sklepu nie ma. Po drugie, znalezienie dobrego zduna, czyli stawiacza pieców graniczy z cudem. Jeżeli już się takowego znajdzie, to jego najbliższy termin wolny jest za pół roku.

Osobną kwestią jest sprawa kosztu. Postawienie najprostrzego pieca węglowego to koszt rzędu trzech tysięcy, z czego dwa to materialy, czyli kafle i żelastwo. A i za żelastwem trzeba się nachodzić, najlepiej po wiejskich sklepach żelaznych, gdyż na wsiach jest w dalszym ciągu zapotrzebowanie na takie rzeczy.

Skład pieca węglowego. Kafle ceramiczne dobrze wypalone. Tutaj renoma kaflarni jest bardzo istotna, gdyż kafle muszą być wykonane z dobrej gliny i dobrze wypalone, aby trzymały nagromadzone ciepło. Do tego cegła szamotowa i cegła czerwona, zaprawa szamotowa, cement i glina, chociaż ta ostatnia nie jest już konieczna. Z żelastwa potrzebny jest ruszt, blacha z fajerkami, okucie zewnętrzne, dwa rodzaje dzwiczek oraz duchówka, ta ostatnia nie jest konieczna, ale fajnie wygląda i można w niej suszyć grzyby.

Ale przy stawianiu pieca węglowego najbardziej istotny jest komin. Prawo budowlane dopuszcza komin o kwadracie szesnaście centymetrów, ale do tak wąskiego komina można sobie podłączyć co najwyżej kozę, a i tak dobrze bzykać nie będzie. Komin winien mieć przekrój ninimum dwadzieścia cztery centymetry, wówczas ogień pracuje najbardziej wydajnie.

Ja sam wykorzystałem większość żelastwa, które było przy poprzednim piecu, zrobione reką mojego ojca. Wszystko odczyściłem druciakiem i powlekłem żywicą termoodporną w kolorze czernego matu.

Stawianie pieca wymaga wiedzy i doświadczenia. Wiedzę, nawet dość dobrą można wygrzebać w internecie. Co prawda nie ma strony typu krok po kroku, ale czytając różne informacje, da się je złożyć w ciąg technologiczny. Gorzej jest z doświadczeniem, bo jedyne co można uczynić to podpatrzeć jak został zbudowany piec, który jest do rozbiórki i możliwie wiernie odtworzyć ksztalt paleniska i kanału do odprowadzania dymu i sadzy. Trzeba się uczyć pilnie tego co się widzi, gdyż pomyłka kosztuje dławieniem się pieca.

Poprzednia kuchnia miała cztery fajerki, obecna ma dwie, a uwolnione miejsce przeznaczyłem na ozdobny gzyms do stawiania różnych rzeczy. Wmagało to stworzenia dobrego komina w piecu, oraz dodatkowych dzwiczek do wyciągania sadzy, na co wpadłem w chwili ostatniej, ale wpadłem. Z budową lub rekonstrukcją nie ma się co spieszyć. Mnie zajeło to ponad miesiąc, gdyż każdej warstwie i cegieł i kafli pozwalałem porzadnie wyschnąć.

Wielkim niuansem, ale pozostającym wiedzą tajemną jest drutowanie kafli. Po to aby piec pod wpływem nagrzewania nie rozszedł się, poszczególne kafle muszą być ze sobą wzajemnie zdrutowane. W kazdym kaflu trzeba nawiercić cztery otwory, aby je zdrutować z kaflami sąsiednimi i wszerz i wzdłuż. Dobre kafle idealnie do siebie pasują i nie ma potrzeby póżniejszego fugowania. Do zaprawy szamotowej trzeba dodać trochę cementu, o czym nie piszą na workach z zaprawą, aby silniej związała. Ta odrobina cementu nie powoduje pekania zaprawy pod wpływem temperatury.

Praktycznie kuchnia jest gotowa. Jej największą istotnością jest fakt, że nic w niej nie jest takie jak zostało kupione. Wszystko zostalo poddane przeróbkom pod mój osobisty styl i koncept. Dzięki temu kuchnia jako pomieszczenie naczelne jest po prostu urokliwie klimatyczna.

Moim zdaniem wiejski dom bez kaflowej kuchni jest ułomny. Oczywiście technologie nowe powinny być używane, bo nie sposób żyć jak za króla ćwieczka, ale nowoczesność nie powinna zabijać klimatu wiejskiego domu.

Najtrudniejszym momentem było pierwsze rozpalenie ognia. Ono decyduje o tym czy piec jest dobrze zbudowany i czy ogień w nim buzuje. Pierwsze odpalenie było udane. Każdego dnia teraz wypalam kuchnię, zwiększając stopniowo wielkość ognia, aby wszystko dobrze się wewnątrz poukładało i wygrzało.

Z własnego doświadczenia teraz już wiem, że stare kafle nie są dobre, bo są już mocno przegrzane. Raz, że czas i temperatura wywołują na nich pajęczyny starości, dwa, że nie trzymają ciepła. Zimą szum ognia w pięknym piecu kaflowym jest godzień wielkiej zazdrości.

09:15, randalkk
Link Komentarze (3) »
czwartek, 10 maja 2007

Temat kardiochirurga na długo nie zejdzie z pierwszych stron. Nie zaprzeczam, że temat jest bulwersujący pod kazdym względem, patrząc na doktora i patrząc na wymiar sprawiedliwości.

Zerkając na doktora nie wiem czy jest winny czy jest niewinny. Nie mam zielonego pojęcia o sztuce lekarskiej, a tym bardziej pracy chirurgów. Wiem jedynie, że ich głownym celem jest ratowanie ludzkiego życia. Po to pracują i na to składali przysięgę. To że lakarze jako grupa zawodowa trzymają się razem, czasem zbyt kurczowo, to jest wiadome od dawna. Zresztą to nie jedyna grupa trzymająca się kurczowo w kupie.

O tym czy lekarz popełnił błąd w sztuce, winni osądzić niezależni biegli, którzy się na tym znają i mają wiedzę i wolę aby taką ocenę wydać. Pismak pisze reportaże, które nie stanowią żadnej prawdy w takiej kwesti, gdyż jego wiedza specjalistyczna jest żadna. To moje zdanie na tekst przytoczony przez Dr. Ewę.

Zadaniem prokuratorów jest znalezienie dowodów potwierdzających ich tezę, w oparciu o którą doktor został aresztowany. Tym bardziej że uczyniono z tego spektakl medialny, aby pokazać jaka to prokuratura silna. Ale skoro niezawisły sąd postanowił jak postanowił, czyli że w oparciu o materiał zebrany dotychczas przez prokuraturę, nie ma podstaw do podejrzenia zabójstwa, co minister niesprawiedliwości, orzekł w dniu zatrzymania.

Konkluzja jest następująca. Albo prokuratorzy są do dupy albo nieczego znaleźć nie mogą albo niczego znależć nie mogą bo tego nie ma. Czy doktor przyjmował łapówki, zapewne tak. Nie sądzę aby udało się znaleźć w tym kraju medyka, który nie przyjął gratyfikacji albo w naturze materialnej albo finansowej.

Jest taki obyczaj ze strony wdzięcznych pacjentów, że dają. I z tym nic nie da się zrobić. Co innego jest, gdy medyk od wręczenia kasy uzależnia leczenie do którego jest zobowiązany. To drugie jest naganne i powinno być ścigane. To pierwsze nie wiem, bo życie jest bezcenne. Sam po operacjach syna także byłem wdzięczny lekarzom i pielęgniarkom. Teoretycznie flacha whisky za trzy stówy to nieomal łapówka.

Obyczaje i zwyczaje są silniejsze od norm prawnych, bo chodzi o życie. Tym bardziej, że wdzięczni pacjenci zrobili zrzutkę na kaucję. Czyli nieomal ściepę. Ale gdy okarze się, że doktorowi nic nie zostanie udowodnione, co jest bardzo prawdopodobne, to wystąpi o odszkodowanie za nieuzasadniony areszt i je dostanie. I będzie ściepa ogólnokrajowa.

Do przeczytania:   Dr G. już w piątek na wolności

PS. Jutro już będzie o remoncie domu.

10:18, randalkk
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 07 maja 2007

Negatywnym bohaterem tejże notki, zwany łosiem nad łosiami, co jest nazywaniem raczej delikatnym w tym przypadku, jest minister sprawiedliwości wedle pis, a tak naprawdę to minister niesprawiedliwości i sądów kapturowych, niejaki ziobro. Mam jakieś dziwne skojarzenia z janosikiem, który w wykonaniu perepeczki, był moim bohaterem dzieciństwa. Teraz także z łezką w oku serial oglądam.

Otóż tenże kaczy ministrant, jakiś czas temu przed kamerami oskarżył chirurga z warszawskiej kliniki o zabójstwo. Nie miał żanych faktów a jedynie domniemania i pobożne życzenie, aby tak było jak minister chce. Co się kurwa policjanci musieli nagimnastykować, aby udowodnić winę już skazanemu doktorowi. Pewne przecieki mowią wprost, że usilnie nakłaniano ludziów, czyli pacjentów, aby przyznali iż dawali doktorowi łapówki.

Łapówki w formie pióra lub kwiatów, butelek alkoholu i słodyczy, w formie regularnie podstawianej dupy do ruchania, jakiejś krowy do sprzedania i tym podobne rzeczy. Niewiele z tego wyszło, a rzekłbym gówno tak naprawdę pozostało. Posłuszni prokuratorzy ganiali gliniarzy, a tych ścigał minister niesprawiedliwości i kaptórzych sądów w blasku fleszy. Czwarta rzepa nie tylko nierządem stoi i złodziejstwem budżetu ale również niesprawiedliwością wszelką i dziejową i obecną.

Otóż dzisiaj sąd jeszcze niezawisły, zwolnił doktora z aresztu za poręczeniem. A to oznacza, że sąd niedopatrzyl się nawet cienia podejrzeń w zakresie domniemanego zabojstwa pacjenta.

Stąd tenże minister winien na kolanach odszczekiwać swoje brednie i pomówienia, swoje skurwysyństwa wyglaszane z ambony rzadowej. A jak zasiadał w komisji rywina to wydawał się trochę mądry. Ale on się jedynie wydawal mądry. Ale on był tylko chorobliwie ambitny, a mądrość jaka się objawiała, opuściła go kompletnie gdy dorwał się do koryta władzy.

To było jest i będzie skurwysyństwem wielkiego kalibru. I kurwa znowu miałem rację ... ale nie mam się z czego cieszyć. Życie pośród stada łosi nie jest wcale zachwycające dla człowieka myślącego.

Do poczytania:     Mirosław G. nie popełnił zabójstwa

15:44, randalkk
Link Komentarze (2) »
niedziela, 06 maja 2007

Aby dojść do babeczek jako kochanek, tym razem muszę rozpocząć od naświetlenia pewnego aspektu duszy faceta. Oczywiście jak w wielu innych kategoriach poznawczych, także w tej jest podział dualistyczny. Albo taki albo nie taki jest facet.

Poczucie własnej wartości jest dla faceta równie istotne jak bycie mężczyzną w wymiarze ruchaczym. Obie te sfery są ze sobą bardzo ściśle powiązane, chociaż powiązanie nie jest zrównoważone. Aktywność ruchacza wynika wprost z poczucia własnej wartości. Im to poczucie pośledniejsze tym popęd ruchaczy mniejszy, poprzez zblokowanie określonych zon mózgu, odpowiedzialnych za podbijanie otoczenia. Nie można tego jednak tak linearnie stwierdzić w stronę odwrotną. Czyli, że brak aktywności ruchaczej wynika z niskiej samooceny. Zwracam uwagę, że nie chodzi o zdolność ruchaczą ale o aktywność ruchaczą. Ta sfera podlega wyborom i pewnej kontroli wewnętrznej.

Sięganie po instytucję kochanki niekoniecznie musi być przejawem poczucia niskiej wartości własnej faceta. Chociaż czasem jest właśnie tym motorem. Piszę czasem a nie piszę często, jak mniemają błędnie, jakże zadufane w sobie i swojej nieomylności babeczki. Jest to tak samo durne stwierdzenie jak sięganie po kochanki z powodu niedawania lub z powodu znudzenia, dupą żony wlasnej.

Sięganie po kochankę najczęściej jest spowodowane po prostu powszechną dostępnością babeczek gotowych spełniać rolę kochanki, otwartych do wchodzenia właśnie w taki układ, gotowych posmakować w celach poznawczych wlaśnie takiej relacji z facetem.

Oczywiście istnieje ciekawe zagadnienie, czemu kochanką zostaje babeczka mlodsza, czasem dużo mlodsza. No bo skoro facet doszedł już do wniosku, że dobrze byłoby mieć kochankę, celem urozmaicenia życia codziennego lub okazjonalnego, to skoro już łamie zasady, to dlaczego mialby nie sięgać po młodą i jedrną babeczkę. Bo wlaśnie taka babeczka to nieco pójście na łatwiznę, na mniejszy wysiłek w wyniku którego cele posiadania kochanki zostaną osiągnięte.

Młode kochanki są zdecydowanie mniej wymagajace seksualnie, od babeczkek dojrzałych i doświadczonych w tarmoszeniu łożem. Dodatkowo, to co dojrzałe babeczki nuży na wejściu, dla młodych kochanek jest szalenie atrakcyjne, bo tego ani nie doświadczyły dupnie ani umyslowo.

Dodatkowym efektem cieplnym w przypadku kochanki młodej jest fakt, że po jakimś czasie takowego związku ze strony babeczki wyrastają jak grzyby po deszczu dość gwałtowne i mocne uczucia wobec faceta, co mimo swoistego dystansu, faceta bardzo rajcuje. I nie jest to w tym miejscu oglądanie własnej wartości, odbitej w mniej wymagającym zwierciadle, ale prozaiczne poczucie potrzeby odczuwania uczucia, które w legalnym związku nieco już przyblakło. Tak, uczucia młodej kochanki rajcują faceta, ale nie przydają mu w jego wewnętrznej ocenie większej wartości własnej.

Poczucie męskiej wartości tak naprawdę ma z babeczkami niewiele wspólnego. Zagadnienie to sięga korzeniami w inne sfery rzeczywistości.

Oczywiście znacząca grupa facetów, opowiada z własnej woli o domu i rodzinie, o problemach i bolączkach, bo jest to mimo wszystko temat zastępczy dla umazanego w problemach faceta. Tym bardziej, że ma oddaną słuchaczkę, która go w trakcie opowieści poglaszcze po głowie. Czasem gadanie o własnej rodzinie jest jedynym wypełniaczej pustki jaka zieje pomiędzy facetem a kochanką. A ta ostatnia chłonie słowa jak gąbka, by potem je wałkować w swej głowinie albo calkowicie olać.

Mimo wszystko sądzę, że nadawanie zagadnieniu kochanki, rangi istotnego życiowo zagadnienia patrząc ze strony faceta, jest wielkim błedem i wielką naiwnością ze strony babeczek. O ile babeczki bardzo silnie przeżywają takie związki, to mimo wielu słów wypowiadanych w sekretnych miejscach przez zahipnotyzowanych seksem facetów, do instytucji kochanki i do kochanki właściwej podchodzą oni z pewnym dystansem i schłodzeniem emocjonalnym.

17:46, randalkk
Link Komentarze (3) »
czwartek, 03 maja 2007

W większości społeczeństw kultury zachodniej obowiązuje minimalny zestaw powinności moralnych, nazywany przyzwoitością. Należy do niego poszanowanie cudzej własności, prawdomówność, uczciwość, dotrzymywanie słowa, solidarność ze słabszymi.

Przyzwoitość obowiązuje każdego bez względu na wykształcenie, status czy zawód. Jest cechą wyróżniającą człowieka spośród innych czworonogów lub dwunogów a czasem nawet jednorożców.

Codzienne być często jest powiązane z poczuciem istnienia. Ale istnieć świadomie. Istnieć czyli widzieć, słyszeć, odczuwać, wąchać oraz w końcu rozumieć. Jak do bycia dołożyć przyzwoitość, to już niekoniecznie to wszystko, co istnieje jest takie proste. Bycie przyzwoitym jest byciem trudnym, mozolnym, często kolczastym do bólu.

Ile przyzwoitości jest w nas samych. Chyba mogę zaryzykować stwierdzenie, że jest jej znacznie mniej niż sami byśmy chcieli. Inaczej rzecz pisząc, jesteśmy generalnie mniej przyzwoici niż sami pragniemy. Mnie to z pewnością dotyczy, a obserwując i słuchając, a do tego rozumiejąc, nie boję się stwierdzenia, że w zdecydowanej większości jesteśmy mniej przyzwoici niż pragniemy, a jest także spora część, która nie jest przyzwoita.

Korzeniami powszechna nieprzywoitość sięga rozkrokiem, stojąc jedną kończyną umysłową na postumencie katolicyzmu, drugą zaś kończyną myślową na postumencie komunizmu. Te dwie ideologie są ze sobą wewnętrznie sprzeczne, ale w obu przez lata trzeba było żyć. Coś co w katolicyżmie jest przyzwoite, etyczne i moralne, w komunizmie jest niedopuszczalne. I odwrotnie. Ale żyć trzeba było, chociaż życie w schizofrenii etycznej do prostych nie należy. To rozdarcie istnieje dalej, istnieje teraz i tu, bo jest odziedziczone kulturowo. Aby myśleć komuchowato, niekoniecznie trzeba było żyć w tamtych czasach. Komuchowatość jest dziedziczna tak samo jak katolicyzm. Czyli walka trwa i zżera dusze od środka.

Najbardziej istotnym i drastycznym ograniczeniem pola zżerania poprzez schizofrenię etyczną było przywrócenie własności prywatnej jako cechy i zasady zasadniczej społeczeństwa. Własność prywatna postawiła solidną i skuteczną tamę schizofreni etycznej w codziennym życiu większości.

Po pewnym czasie taplania się w nieprzyzwoitości, występuje potrzeba stania się przyzwoitym, aby podreperować nadszarpnięte ja. Ponadto przypieranie do muru nieprzyzwoitości w pewnym czasie, czasie sprzyjającym, powoduje bunt wewnętrzny z którego wykluwa się potrzeba być przyzwoitym w celu samooczyszczenia duszy.

Bycie przyzwoitym najczęściej dotyczy spraw życia codziennego, w którym ze względu na drobiazgowość zdarzeń i ich niewielką wagę, najczęściej nie zawracamy sobie głowy kwestią przyzwoitości. A właśnie poziom przyzwoitości, przyzwoitości odczuwalnej przez innych jaka emanuje z nas, jest papierkiem lakmusowym naszej przyzwoitości. To inni otoczenie odbiera naszą przyzwoitość lub jej brak.

Ale najgorszym w tym jest to, że ani brak przywoitości ani jej obecność w życiu codziennym nie stanowi dla zdecydowanej większości ani problemu, ani potrzeby kwesti wyboru. W tym miejscu do gry duchowej wkracza konsumpcja, która skutecznie zagłusza dylematy moralne, etyczne czy egzystencjalne. Konsumpcja jest bezgłośnym konfesjonałem wirtualnym, w którym spowiadamy się z braku przyzwoitości.

Czemu o tym piszę właśnie dzisiaj, w rocznicę konstytucji. Bo konstytucja poprzez swoje paragrafy sankcjonuje przyzwoitość jako sposób postępowania w życiu codziennym. Odzwyczailiśmy się od poszanowania i przestrzegania dziesięciu przykazań jak również odzwyczailiśmy się od przestrzegania konstytucji.

Obecna postawa geremka i mazowieckiego, którzy właśnie z przyzwoitości własnej odmówili złożenia oświadczeń lustracyjnych, jest stanem jak najbardziej chwalebnym. To postawy przyzwoitych obywateli, którzy mówią zakusom partyjniackiego państwa stop, bo władza zdradza zasady konstytucji, dla własnych potrzeb sprawowania władzy. Dla obu utrata sprawowanych funkcji lub godności jest sprawą drugorzędną wobec ich własnego poczucia przyzwoitości, stąd jestem dla nich pełen podziwu za odwagę, logiczne uzasadnienie i świecenie przykładem rozbitemu narodowi. To jest postawa mężów stanu.

Być przyzwoitym w bagnie nieprzyzwoitości jest trudne i bolesne. Jest jednak i na szczęście możliwe.


Do przeczytania: dwaj panowie z klasą

05:41, randalkk
Link Komentarze (1) »
środa, 02 maja 2007

Wraz z nastaniem wiosny, w necie blogowym pojawia się znacznie wieksza ilość notek przebrozowiających instytucję kochanki jako takiej. Wedle odbrązowiaczy, nowoczesna kochanka jest twarda psychicznie, świadomie akceptuje rolę drugiej albo pierwszej czasem, ale zawsze w układzie dwójkowym, posiada przekonanie iż jej dupa nie jest do młócenia pieniędzy i wierzy iż jest jej z tym wszystkim przepięknie.

Otóż postać nałożnicy w najmniejszym stopniu nie uległa przewartościowaniu ani jakiejkolwiek zmianie, od czasów kamienia łupanego. Była jest i będzie po kres czasu jedynie tą drugą babeczką przy jednym zaobrączkowanym facecie. To, iż nie bierze kasy wprost na szmaty, lokum, auta jest tutaj bez znaczenia, gdyż to są profity mniej lub bardziej jawnie otrzymywane. Ale otrzymywane i tak i tak.

Babeczka, aby ze względu na swoją wrażliwość spokojnie przed lustereczkiem pacykować makijaż, musi posiadać zestaw narzędzi, który balsamuje jej ducha, aby nie musiała gapiąc się w zwierciadło, mówić do siebie i swgo oblicza iż oboje się skurwiają.

W najmniejszym stopniu nie deprecjonuję roli kochanki, nie uważam tejże roli za stan zły i niepotrzebny, nie zamierzam wymierzać żadnych kar słownych za wykonywanie takowej roli, jak również nie zamierzam nikogo przekonywać, aby unikać kochanek. Sam je miałem niegdyć w nieco przesadnej obfitości i czerpałem z tego bardzo wiele przyjemności, więc nie chcę być neofitą i faszystą moralnym.

Co więcej, zaryzykuję tezę, że brak kochanek spowodowałby zatrzymanie się świata w rozwoju. Motorem napędowym cywilizacji są jednakże faceci, często wspomagani przez babeczki, ale to faceci nakręcają rozwój i postęp. Gdyby instytucja kochanki nagle zniknęła i wszyscy faceci grzecznie siedzieli obok żonek na kanapach, zaprzestali by chcieć przeorywać świat wedle własnych marzeń i wyobrażeń.

Co prawda zmienianie świata dzieję się dla facetów przy okazji pożądania i dążenia do posiadania coraz większej ilości kasy, ale tak kasa jest niezbędna do zdobywania babeczek, niezależnie czy owo zdobywanie jest jedynie w sferze męskiej wyobraźni czy jest ufizycznione w postaci mniej lub bardziej regularnego ruchania innych babeczek poza żoną, albo wyłącznie innych. Czyli kochanka tak czy inaczej posuwa świat do przodu właśnie dlatego iż jest posuwana.

Chodzi w tym wszystkim o coś innego. Kochanka jako postać jest trwale wpisana w krajobraz życia faceta. Jest bo jest na nią zapotrzebowanie i będzie, bo zapotrzebowanie nie zniknie, niezależnie od postaw, przekonań, moralności czy etyki facetów. Są facetami i dlatego pożądają kochanek, bo jako kulturowi wojownicy pragną władzy nad światem jako takim. Kwestia jedynie skali pragnienia.

Ale nie uwierzę w słowa kochanki iż jest przepięknie w roli kochanki. Że w tej roli czuje się komfortowo i żadna inna rola jest jej niepotrzebna. Całkowicie pomijam tutaj kwestię macierzyństwa, bo nie zawsze chodzi o dzieci. Jeżeli babeczka pisze, iż od facet dla którego jest kochanką jest pod kazdym względem niezależna, to kłamie w żywe oczy samą siebie. Właśnie zależność wzajemna jest kwestią dla której osobniki płci przeciwnych się ze sobą zczepiają. I nie chodzi jedynie o zależność finansową.

Jeżeli babeczka pisze iż dba o dyskrecję za obojga, to okłamuje samą siebie, gdyż brak dyskrecji mógłby spowodować postawienie przed facetem kwesti wyboru, albo kochanka albo żona. Czyli dbanie o dyskrecję związku kochanków, to ze strony babeczki dbanie o własną dupę.

Jeżeli kochanka pisze iż bardzo dba o relacje faceta z jego żoną, to kłamie jak z nut. Słucha jego gadek o żonie, aby mieć rozeznanie w aktualnie dziejącej się poza jej pleckami sytuacji. Mając wiedzę ma możliwość reagowania, prowadzenia swoistej manipulacji facetem, który kupuje to jako dobrą monetę, a w rzeczywistości ukazuje drogi do panowania nad sobą.

Bo proszę mi wskazać babeczkę będącą kochanką, która w żadnym stopniu nie zainteresuje się domem faceta, jego dziećmi, jego żoną. Która nie zapyta w końcu dlaczego zdradza żonę, by zaraz potem spytać czemu z nią samą jest i czy jedno i drugie współgra ze sobą. Która zaraz potem nie zapyta niby z ciekawości, że skoro mu tak żle z żoną to czemu jej nie zostawi. I tak dalej i tak dalej, w trakcie kolejnych poruchiwanek w hotelach czy pensjonatach.

Nie istnieje taka babeczka będąca kochankę, która nie chciałaby mieć najmniejszej wiedzy o domu, żonie i rodzinie faceta. Nie ma takiej babeczki, która zatrzymałaby się na wiedzy iż jej facet jest żonaty. Bo dobry bóg jeszcze takiej babeczki nie stworzył, a człowiek w tym wypadku nie ma nic do powiedzenia.

Nie dzisiaj o motywach decyzji zostawania kochanką, a o bardzo pokrętnych motywacjach wybranej drogi kroczenia przez życie. O sferze uzasadniania wcześniejszych wyborów, mało zwykle racjonalnych ale dokonanych i o szukaniu uzasadnień motywacyjnych dla akceptacji bycia kochanką przez babeczkę.

07:02, randalkk
Link Komentarze (6) »
wtorek, 01 maja 2007

Kiedy ranne wstają zorze, z reguły już jestem przebudzony ale jeszcze niekoniecznie muszę wstawać. Czasem jest tak, że zasypiam ponownie, ale zwykle wstaję i siadam przy kuchennym stole, przypatrujęc się znowu zabalaganionemu podwórzu. Bo poza rozbudową oczka wodnego, na marginesie dzisiaj odkrylem gdzie przecieka, otóż przemyka mi woda przez korek zakopanej wanny żeliwnej, w jego pobliżu buduję piec grillowy, bo uwielbiam mięsa tak przygotowane. Stawiam murowanego grilla, bo nie mogę patrzeć na te przenośne dziwolągi z gnącego się od wiatru metalu. Grill będzie obłożony kamieniem wapiennym, chociaż wewnątrz będzie nowoczesny, łącznie z wędzarnią na ryby wiszace.

Siedzę przy kuchennym stole i piję pierwszą kawę, znowu powróciłem do kawy z garnucha, czekając na wstanie syna i wybranki. Kiedy ich już wyprawię w świat i zamknę bramę, na spokojnie konstruuję drugi garnuch kawy i odpalam laptopa, niezależnie od faktu jak wiele prac przy remoncie domu zaplanowałem na dany dzień.

Szybki przegląd skrzynki pocztowej, serwisów i jest czas na spijanie kawy wraz ze spijaniem ślicznych babeczek. Nie ma to tamto, czynię tak nieomal każdego ranka, bo nie ma nic bardziej motywującego do czynienia czegokolwiek, niż widoczek ładnej dupci przed śniadaniem. Jako, że ten jedynie oglądany przeze mnie serwis, samoczynnie tasuje fotki, codziennie liżę oczyma fajnie przyrządzone ciałka, które co prawda z rzeczywistością ulicy wiele wspólnego nie mają, ale to jest znakomity powód, by na świat już z rana popatrzeć przez różowe okulary, niezależnie od tego, co nastający dzień przyniesie.

Po kwadransowym przeglądzie aktualnie ukazanych otwartych na świat całymi sobą babeczek, czynię swoje biznesy, jakie nastąpiły przez poprzedni dzień, resztę pozostawiając na nasłuch telefoniczny w ciągu całego dnia. Po czym całkiem spokojnie zarzucam na siebie ubranko robocze i telefonem w kieszeni, jak ja tej smyczy nie znoszę, czynię powinności remontowe.

Sposób życia mojego i sposób pozyskiwania kasy stanowi zagadkę dla sąsiadów, która okresowo przekłada się na chłód wymiany powitań o ile wogóle są takowe. Chociaż ostatnio sąsiad zawiadowca, został przyłapany na wyzywaniu mego jamniora od skurwysynów, gdyż mój pies właśnie u niego podlewał drzewka. Czynił to nie dlatego, że to lubi, bo woli w lesie, ale dlatego, że sąsiada pekińczyczka miała cieczkę a brama była rozwarta na przestrzał. Niestety na wyzwiskach sąsiad został przyłapany przez wybrankę i głośno i słodko powiedział jej dzieńdoberek i miną nawróconego idoty.

Historia chuci jamniora jest bardzo zabawna. Otóż samiec jak to samiec zwyczajnie wyje do samego już zapachu cieczkowej suczki. Jako, że obydwoje codziennie się obwąchują, to clapton, czyli moj jamnior, oszalał na jej punkie gdy mógł coś niecoś już pobzykać. Ku mojemu zdumieniu, sąsiadka zwróciła się do mnie, bym zamykał jamniora bo jej suczka jest pachnąca, a sama suczka paradnie defilowała wzdłuź płotu, na którym nieustannie wisiał i jęczał jamnior. Nożesz kurwa, to ja mam pilnować swego psa, bo jej suczka ma cieczkę. W głowach się ludziom już powywracało doszczętnie od tej telewizji i internetu. Jako, że to była to niedziela, więc jamnior siedział w zamknięciu, przeżywając katusze duchowe i cielesne, wyjąc bezustannie.

Żal mi było patrzeć jak się zwierzak morduje, więc w poniedziałek, gdy sąsiadka gdzieś pojechała, a suczka znowu paradowała pod płotem, wzniecając tumany czytelnych zapachów, wypuściłem jamniora, aby sobie spokojnie, fantazyjnie i do syta pobzykał. Wrócił po godzinie i zaległ w koszyku praktycznie nie reagując na świat ani pełną michę. Ot, stał się jamnikiem szczęśliwym, do bólu ptaka.

Co z tego psiego bzykania się pojawi, to się okaże, bo jakoś nie miał większej ochoty na powtórkę, a to w tych gatunkach jest nieomal koniecznością aby powtórnie się pobzykać. Najpewniej jak wyjdzie, to wyjdzie jamnior z krótkim pyskiem i długimi klakami, bo mój jest szorstkowłosy.

Pozostając przy kwesti zwięrzęcego bzykania, mój syn, który ma słuch nieomal doskonały, wysłuchał, że w klatach z myszoskoczkami, które są oczkiem w głowie mojej wybranki, coś dziwacznie kwili. Dłuższa obserwacja klatki, doprowadziła do odkrycia, że głęboko zakopane w sianie siedzi pięć właśnie narodzonych ślepaków. Co ciekawe, małe i kompletnie łyse myszoskoczki ociepla swoim ciałem samiec, a samica buszuje po całej klatce.

Wszystkie myszoskoczki pochodzą od jednego z największych pasjonatów i hodowców tego typu gryzoni w kraju, który w blokowym mieszkaniu posiada ich około setki. Sam większość czasu spędza w podróżach po świecie, czyli wydaje wszelką kasę zarobioną na handlu krawatami na poznawanie świata, i na czas swojej nieobecności wynajmuje do obsługi swego zwierzyńca pomoc domową. Teraz my mamy rzadką krzyżówkę myszoskoczków indyjsko-afrykańskich.

No dobrze biznes śpi przez najdłuższy weekend na świecie, kawa wypita, laski pooglądane, ubranko czeka, aby pracą uczcić dzień klasy robotniczej, która wyginęła wraz z komunizmem.

08:37, randalkk
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 30 kwietnia 2007

Wykształciuch - określenie osób z wyższym wykształceniem, będących w opozycji do rządów PiS, podatnych na wrogą propagandę publikowaną w prasie polskojęzycznej.

No i kurwa jestem wykształciuchem do ostatniej nitki, od zarania dziejopisów, którzy dorwali się do korytka, aby siłom i kulturom osobistom zawrócić wszystkich do peegierów, bo tam żywot i spokojny i malowniczy, co sprzyja produkcji niemowlęctwa niczym makaronu.

Gdzieś przeczytałem, że największym pikiem bezczelności i skurwysyństwa, to drugie słowo to mój dodatek, było i jest, zagłosować na kaczorostwo i wyjechać z kraju. A niechaj się męczą inni i taplają z rozkoszą w bajorku.

Jestem wykształciuchem i to nieczułym na krzywdę innych, którzy pozostali, a którym nie chce się ruszyć dupy, aby zarobić choćby złotówę więcej niż daje państwo za friko. Jestem nieczuły wobec tych co zalegają w barłogach i narzekają na świat, zamiast pójść pomiędzy ludzi i trochę zmęczyć rączki.

Mój znajomy wstrzelił się w rynek z domami drewnianymi. Jeden dom to miesiąc rzeźbienia bel drzewnianych, przygotowywania materiałów w tartaku i stolarni. Płaci dobrze bo i dobrze na tych domach zarabia, a sam niegdyś klepał biedę i wie co to znaczy, zapierdalać dziesięć godzin za wartość zasiłku dla bezrobotnych.

Czyli daje pracę, pracę niełatwą ale dobrze opłacaną, ale chętnych na jego wsi do jej wykonywania nie ma. Nie ma chętnych również w okolicznych wsiach, chociaż zdolni fachmani sprzed lat namiętnie okupują gminne sklepy, sącząc nieśpiesznie jabole i mózgotrzepy, finansowane przez zasiłkownie.

Właśnie dlatego wolę być wykształciuchem niż współczującym biednemu ludowi, który klepie biedę na własne życzenie, bo tak jest łatwiej i tak jest wygodniej. Dużą winę ponosi grupa pracodawców, która przez ostatnie lata oszczędzała na ludziach ile mogła i gdzie mogła, płacąc grosze za ciężką pracę. Ta mentalność niedbania o pracownika, jebania go na kroku każdym i przy okazji każdej, spowodowała niechęć wzajemną.

Jak czytam blogi osób pracujących za granicą, to przy słowach o ciężkiej pracy, bardzo często pozytywnie wyrażają się o pracodawcach i o atmosferze w pracy. Oczywiście tam także roi się od pojebanych pracodawców, ale nie jest to narodową plagą jak w tej krainie. Naczynia połączone, czyli pracownicy leją na pracodawców, pracodawcy jebią pracowników i karuzela się kręci na całego, a za pasem tyle roboty, że głowa boli a najznamienitszym umysłom się nie sniło, że dostaniemy taką perespektywę do zarobienia kasy i odbudowy wizerunku kraju, który został stoczony w otchłań mrocznego średniowiecza.

Jestem wykształciuchem i jestem z tego dumny.

Ostatnio mało pisałem, bo pracy miałem dużo, a w głowie tak wiele myśli niespokojnych, że nie dawałem rady skupić się na układaniu sensownych zdań. W najbliższym czasie, już niestety majowym, opiszę i zilustrują połączenie oczka wodnego, kaskady i skalniaka pod jednym nieboskłonem, bo teraz jest jeszcze tylko woda, gdzieś mi jeszcze uciekająca i kamienie, ale jak wszystko zacznie rosnąć i kwitnąć, to będzie, oj będzie się czym pochwalić.

Poza tym pochwalę się przepiękną kuchnią kaflową, właśnie będącą na etapie wykańczania, postawioną od zera praktycznie, wedle wiedzy i doświadczenia, wspartego poradnikami. Kupić dzisiaj piękne kafle to wielka sztuka, bo kaflarni jest niewiele, a już sklepów sprzedających kafle jak na lekarstwo, a w kozim grodzie totalny brak. Znalazłem kaflarnię w rozdziadowie, jak za czasów mieszkania w stalówce, nazywano małe miasteczko obok.

Na kafle wedle mego zamówienia czekalem ponad miesiąc, a potem po nie pojechałem, bo do tej kaflarni miałem najbliżej. Wszystko odbyło się poprzez internet, a obsługa na miejscu znakomita. Podczas półgodzinnej kawy dowiedziałem się o budowie piecy bardzo wiele. Wzorcownia pieców kaflowych i akcesorii do pieców, kuchni i kominków mną zachwyciła do głębi serca. Widok był wspaniały, a kunszt zdunów nieprawdopodobny. Urok pięknego pieca jest niepowtarzalny.

Warto popatrzeć: kaflarnia

Jak na wykształciucha to mi dobrze, czasem wprost przepięknie wychodzi. A jeszcze większą przepięknością jest myśl, że robię to przedewszystkich dla moich chłopaków, a ja sobie także z przyjemnością pomieszkam, w pięknie odnowionym domu.

07:18, randalkk
Link Komentarze (1) »
środa, 25 kwietnia 2007

Po przerwie zawłaszczonej przez elektronikę współczesną, powracam do bloga, bo mi go jest brak. Nawał budowlanych obowiązków, wyzwolonych wraz z wiosną wymaga dzielenia czasu, który nie jest niestety z gumy, tak jak moje dłonie, sparzone cementem lub innym gównem. Przez czas przerwy, szczątkowo chłepcąc informacje, dochodzę do sedna, że nadszedł czas pospolitego zajebywania honoru, chociaż nie przez wszystkich, którzy nie spierdolili z tego zakaczonego umysłowo kraju.

Dziesięć lat temu, marszalek dwojga imion brylował w prasie ze swymi poronionymi pomyslami o poronieniach. Brzęczał tak głośno, że gdy ja sam się przedstawiałem, musiałem zaznaczać, że nie jestem z tych jurków, bo mi się dziwacznie przypatrywano. Był oszołomem i dzisiaj, chociaż się nie zgadzam z ani jednym jego poglądem na świat, to uważam go za jego woltę za człowieka honoru, bo publicznie wypiął się na kaczorland, chociaż sam go tworzył. Ale czy wystarczy mu honoru na jeszcze trochę, czy się pospolicie zbiesi jak suka bura. Wówczas, znowu bedę musiał mowić, że nie jestem z tych, z tej rodziny, z tego samego nasienia.

Od zawsze cenilem geremka, jako jednego z nielicznych nieoszołomów z czasów podziemia. Dla mnie to człowiek wielkiego honoru, wiedzy i postawy niezłomnej. Człowiek, który nie raz już w imię własnych zasad, mówił to co myśli i tak teraz także uczynił, bo jako człowiek nie jest przyspawany do stołków wszelakich, ale realizuje to co chce robić najlepiej.

Wielka euforia nastała w związku z euro. Chciałbym, aby wszystko wypadło cacy i najpiękniej, ale jestem świadom, że może to okazać się jedną wielką kompromitacją i jako organizatorow i jako kopaczy. O ile ukraina przygotuje się znakomicie to nie mam takiego wrażenia o tejże krainie.

Bo skoro przez siedemnaście lat ledwie zbudowano sześćset kaemów autostrad, to niby jakim cudem przez pięć zbuduje się półtora raza więcej. To są marzenia, marzenia głowy ściętej. Stadiony wirtualnie prezentują się znakomicie, wręcz bajkowo i mam wrażenie, że w wirtualnym świecie pozostaną. Bo kłótnie o kasę, bo łapowy, bo brak rąk do pracy, bo brak woli bycia nowoczesnym państwem. Bo dalej jest jedna wielka chujnia, i nawet taki dar losu może być pospolicie spierdolony, niczym wszelkie powstania. Show w szklance krwi albo wody.

Nie jest dobrze, ale nastala w końcu wiosna. Moje podwórkowe oczko z kaskadą w jednym prezentuje się bajkowo, ale jeszcze gdzieś cholerstwo przecieka, więc czekam aż mi pokaże gdzie je jeszcze muszę poprawić. Piec kuchenny tym razem wyszedl mi przepięknie, ale co się przy nim narobiłem i nagłówkowałem to moje. Lecz gdy jest pomysł i wizja, to jest możliwe, chociaż trzeba się natyrać.

Ogród rozkwita kolejnymi kwiatami, sadzonymi i doglądanymi przez wybrankę. I chociaż rzadko wyglądam zza zaprawy murarskiej albo szmotowej, to jego blask dociera w całej swej przpiękności.

16:37, randalkk
Link Komentarze (5) »
sobota, 07 kwietnia 2007

Wesołych świąt i obfitego polewania wodą na dyngusa-śmingusa, wszystkim czytającym i tym którzy czytać będą a także tym co czytać z przyczyn dla nich samych nieznanych zaprzestali,

życzy ublogowany autor, czyli randalk kathar.

07:24, randalkk
Link Komentarze (11) »

Głupota pewnych bossów, jej skala wszerzna i wzdłużna dość często powala mnie na łopatki. Tak samo było i tym razem, gdy przeczytałem o wykryciu luki krytycznej serwerów największego provaidera, czyli w home. Samo wykrycie luki nie jest czymś szczególnym, bo to praktycznie codzienność wirtualnego świata, tak jak wypadki na drodze w świecie jeszcze nie wirtualnym. Obustronna reakcja na wykrycie tejże luki daje wiele, a bardziej niż wiele do myślenia.

Jestem typowym konsumentem internetu. Ani on dla mnie nie jest jakąś świętością, ani już czymś nadzwyczajnym. Jest po prostu nowoczesnym medium, z którego korzystanie jest zwykle przyjemnością, jak uda mi się przebrnąć przez oceany wirtualnych śmieci. Nie mam jednak bladego pojęcia o miechu jakim jest programowanie, czyli pisanie kodów, ale sam sobie obsługuję sferę oprogramowania, w sposób bezplatny ale wystarczający.

Tak więc konkretni hakerzy, bo tak ich wszyscy nazywają, chociaż w tym wypadku to nie jest dobra nazwa, wykryli lukę i bez chwalania się w światku niestrudzonych tropicieli błędów programistów, napisali normalnego maila do właściciela provaidera home.pl, informując go w czym rzecz i zaśpiewali za swoje odkrycie dwie setki tysięcy. Normalnie jest to dużo, ale w tym wypadku to pryszcz. Na pierwszy rzut oczodolu to jest szantaż, ale w tym wypadku sądzę iż jest to zapłata za dobrze wykonaną robotę. Zapłata komuś innemu, za robotę która była obowiązkiem pracowników firmy home.pl.

Rzecz w tym, że wykorzystując tą lukę, można było bez najmniejszego problemu dotrzeć do korespondencji mailowej wszystkich klientów, jak również uczynić dowolną sieczkarnię z dowolną stroną internetową jaka jest osadzona na serwerach home.pl. Można było naprzyklad podmienić stronę startową men i wielkimi wołami napisać, że niejaki koń naczelny, czyli giertych jest zwyczajnym kutasem.

Tenże boss od siedmiu boleści zamiast szybko się dogadać i wyrazić wdzięczność za ostrzeżenie przed kompromitacją i procesami i wysupłać drobną sumkę w podzięce, zrobił raban na sto fajerek, że jest szantażowany. Gdyby hakerzy nie byli uczciwi, to wydudlali by sumę znacznie większą z samej sprzedaży algorytmów rozwalających dane klientów, a boss ugrzązłby w procesach. A boss, świeć panie nad jego głupotą, niczym szczyl przebrzydły schował glowę w piasek i udaje, że nic się nie wydarzyło.

Jako, że sprawa dotyczy bardzo wąskiego światka maniaków komputerowych i biznesu, o którym zwyczajny przeżuwacz internetu nie ma bladego pojęcia, temat ten jest jedynie przelotnym newsem prasowym. Ale wkręca się w pewien stan nonszalancji, jaka panuje w polskiej świadomości, że osobiste i prywatne informacje są pod specjalną ochroną i obracający nimi muszą je ochraniać.

Zwarzywszy na to, że dowolna firma albo osoba, mogła bez większego klopotu dotrzeć do ponad stu piędziesięciu tysięcy danych osobowych i teleadresowych, zniszczyć wiele witryn internetowych, wprowadzić tatalny chaos w światku użytkowników korzystających z home.pl.

07:21, randalkk
Link Komentarze (1) »
środa, 04 kwietnia 2007

Od dawna brakowało mi określenia do nazwania zadymy jaka aktualnie na tej ziemi narodowej się dzieje. I właśnie takie określenie znalazłem. Aby pojąć całkoształt jaki owo określenie niesie myślowo, niestety trzeba być obeznanym co nieco z historią powszechną, aby wyłapać wszelaką niuansowość i celność w dotykaniu rzeczywistości.

Tym określeniem jest - narodowy bolszewizm. Niestety narodowy w tym znaczeniu nie ma jakichkolwiek związków pozytywnych z narodem jako takim, ale sięga do kontekstu i żródeł narodowego socjalizmy, dość gladko przeniesionego w nazizm. Bolszewizm, to określenie pewnej aberacji umyslowej, u podstaw której bujnie rozkwitła nienawiść do historii i do tego co jest aktualnie, w celu całkowitej zagłady teraźniejszości oraz zbudowania utopi. I o ile w obu tych ruchawkach historycznych chodziło o całość życia, o tyle teraz i tutaj chodzi jedynie o strefę myślową, bo gospodarka zapieprza torem kapitalistycznym, chociaż pewne sektory powracają do teorii socjalistycznej gospodarki, ale na szczęście z marnym skutkiem.

Niestety ów narodowy bolszewizm bardzo łączy się z odbieraniem filozofii polskiego papieża. Jednym słowem i w jednym i w drugim jest jedynie wielkie niezrealizowane chciejstwo. Ale o ile myśli i postrzeganie świata papieża jest genarelnie nieznane i całkowicie niezrozumiane, to narodowi bolszewicy usilnie starają się go wprzegnąć jako autorytet do wywracania wszystkiego. Papież jest nie tylko niezrozumiany ale jest już powszechnie zapominany jako myśliciel i człowiek czynu. Nieomal z każdym dniem z żywego ducha staje się ckliwym obrazkiem stojacym na komodzie.

Papież nie walczył z wiatrakami, nie walczył z cywilizacją jako taką. Starał się poprzez myśli skłonić człowieka do odrzucenia zła, ale nie pozwalał robić tego sierpem i siekierą. Czy jego naród cokolwiek z niego pojął poza obrzędowością i działaniem terapeutycznym jego postacji. Niestety niewiele pojął a jeszcze mniej przyswoił, prawie nic.

Celem zasadniczym krucjaty narodowych bolszewików jest całkowite zniechęcenie lub zabronienie wszystkiego co zostało aktualnie uznane za nieprawomyślne. Współcześni bolszewicy w imię narodowości starają się ograniczyć wolność słowa i sumienia w kazdym wymiarze, gdzie się tylko da. O ironio losu, tychże bolszewików dzielnie wspierają księża, dla których świat ich totalnej władzy się zawalił, wraz z wejściem w demokrację i wolność.

Bolszewicy chcą odebrać zasadnicze prawo wolnego człowieka, czyli prawo wyboru. Bolszewicy pragną narzucić podwładnym sierpem i siekierą swój styl myślenia, aby sprawować rząd dusz. Bolszewizm stworzyli komisarze ale wprowadzali go zbrodnią cielesną i duchową poprzez zakompleksioną tłuszczę, której jak czerwonoarmistom obiecali złote zegarki w paryżu.

Przejawem wykonastwa ideii narodowego bolszewizmu jest cyniczna manipulacja aborcją, zastraszanie i pacyfikacja szkół i młodzieży, wydawanie wyroków bez sądu przez bolszewickich prokuratorów, próba narzucenia kontroli prasy i mediów, zakusy na wolność internetu, czy usiłowanie wprowadzenia zakazu pornografii. Oczywiście to jedynie kilka przykładów krucjaty narodowych bolszewików, dla których nowy człowiek z czwartorzędu ma być bezwzględnie posłuszny rzucanym zadaniom.

Nie jestem entuzjastą pornografi, ale tak samo jak kurestwo istnieje od zawsze, bo jest nierozerwalnie związana z człowiekiem. Człowiek dorosły ma naturalne prawo wyboru czy ma ochotę sięgać po pornole czy nie. To jest prawo wyboru. Prawo dostępności to jest zupełnia inna kwestia. Pornografia nie powinna być dostępna nieletnim, bo nie nauczyli się mieć do niej dystansu, odbierając ją nazbyt emocjonalnie, co ma z pewnością negatywny wpływ na ich seksualność. Nie powinna być także dostepna powszechnie jak chleb i masło. Ale nie powinna być zakazana, bo jest wytworem człowieka.

Czy powinna być w kazdym kiosku, miom zdaniem nie jeżeli budowa kiosku pozwala małoletnim na jej ogladanie przez szybą. Ale jeżeli w kiosku można wydzielić miejsce gdzie będzie dostępna, ale nie dostępna oczom nieletnich to tam powinna się znajdować. Zmuszanie kioskarzy do niesprzedaży pornografi jest dyskryminacją gospodarczą. Mają do wolności gospodarczej prawo, ale tak jak z alkoholem i tytoniem, powinni przestrzegać pewnych norm społecznych.

Zresztą walka z pornografią w dobie internetu jest całkowicie bezsensowna i społecznie szkodliwa. Ta walka poprzez właśnie walkę stanowi propagandę. Podejmowanie takiej walki z imieniem papierza na ustach i z poparciem kleru, jest robieniem wody z mózgu młodym ludziom, w tym przypadku studentom, którym wtłacza się idee bolszewickie, pod pozorem czynienia dobra. Własnie do podobnych krucjat bezmózgowych jest zaprzęgany papież. Właśnie tak przenosi się jego myśli z życia na pomniki.

08:36, randalkk
Link Komentarze (4) »
piątek, 30 marca 2007

Jest takie przysłowie, że głupiemu sam wiatr wieje w oczy i to z piaskiem. Ale to przysłowie jakby utracilo swoją magiczną moc w chwili gdy głupiemu dać władzę, a najlepiej władzę niepodzielną.

Zastanawiam się czy wielkość liczby wszelkich nonsensów aktualnie wynika z płodności władców czy też z faktu, że media jako takie nie mają ciekwaszych tematów. Jestem jednak bliższy stwierdzeniu, że chodzi o to pierwsze. Władza misyjna deprawuje bardziej niż władza skorumpowana. Bo władza misyjna chce być bardziej boska od boga.

Kolejne majstrowania wokół ustaw o aborcji są już jednoznacznym sygnałem, że jesteśmy w polszcze, czyli kraju na obrzeżach europy. Aborcja jest problemem, ale tenże problem tak naprawdę rozgrywa się w umyśle kobiety, bo ingerencja dotyczy jej żywego organizmu. Problemem tym zajmują się wylącznie faceci, co świadczy o tym, że z calych sił chcą ubezwłasnowolnić kobietę jako taką, uczynić z niej posluszną niewolnicę i całkowicie odebrać jej prawo do głosu. Czyli babeczki i rybeczki to to samo, i jedne i drugie głosu nie mają i basta.

Absurdalność czasu obecnego coraz bardziej przypomina absurdalnośc komuny. Efektowne dekoracje za ktorymi nic nie ma. Jedna wielka blaga i ci żałośni pierwsi sekretarze, którzy wykonają każdy absurd, aby znaleźć się w światłach rampy. Walka o człowieka weszla w czas totalnego absurdu. Z jednej strony wali się w człowieka jak w bęben a z drugiej obwieszcza się światu, że jest chroniony jak nigdy przedtem.

Kacyk lokalnej władzy przestaje się liczyć z kimkolwiek i z czymkolwiek jedynie po to aby władzę utrwalać na swoim terenie. Człowiek jako taki nie ma już znaczenia, bo ważny jest efekt propagandowy a nie jego dobro. Niedostrzegalnie dla człowieka przeciętnego, kraina staje się państwem policyjnym, w sensie totalitarnym. Człowiek jako taki stale traci na znaczeniu.

A czemu własnie teraz głupi ma szczęście. Bo głupi nie umie mieszać w gospodarce dzięki czemu jest ona niczym dobrze naoilwiona maszyneria. Może nie tyle nie umie, co nie ma czasu na mieszanie w gospodarce. Lepiej tropić agentów, grzebać w kobiecym ciele, ubierać dzieciaki w mundurki i rozsyłać debilne ankiety.

Dlatego jakże cenna jest inicjatywa zbierania trawy po żubrówkach na narodową murawę ...

Do poczytania: zbieraj trawę na murawę

09:18, randalkk
Link Komentarze (2) »
czwartek, 29 marca 2007

Siedzę i myślę, myślę i zalewam się śmiechem, śmieję się i patrzę w lustro,a lustro ma duże, czy kurwa wszelkich dwunożnych pogięło na umyśle, tak samo doszczętnie jak kaczorowatych i ich wszelkich przydupasów.

Tu nie ma co pisać, to trzeba poczytać, bo takowe kwiatki co już codzienność ...

Do przeczytania:  onanizujesz się młodzieńcze?

14:09, randalkk
Link Komentarze (3) »
wtorek, 27 marca 2007

Najciekawsze informacje zawsze znajdują się na kolejnych stronach gazet, albo w mało odwiedzanych miejscach serwisów internetowych. Zdecydowanie króluje papa polityczna, nad którą nieustannie rozwodzą się głowiny dziennikarzy, szukających sensu tam, gdzie go na pewno nie ma.

Gdzieś na marginesie odnalazłem informację, że na trzy statystyczne śluby jeden kończy się rozwodem. Patrząc na to z dwu stron można skonstatować, że na tle europy jesteśmy jeszcze w tyle, ale na tle rodzimej tradycji dokonaliśmy wielkiego kroku, naprzód albo w tył.

I wbrew pozorom rozwodowe tangetto dotyczy w takim samym nasileniu młodych małżeństw jak i malżeństw z kilkunastoletnim doświadczeniem. Podejrzewam, że obie te grupy idą łeb w łeb. Ci co nie rozejdą się w pierwszych kilku latach mają nadzieję, że już przeszli przez smugę cienia, ale potem znowu ich dopada przeświadczenie, że to nie tak mialo być.

Gdyby polityka pisowa była kompleksowa, winna świadomie dążyć do pauperyzacji społeczeństwa, bo skala rozwodów jest znacznie mniejsza w grupie ubowiej ludności niż w grupie bogacącej się. Mimo wszystko bieda jako stan ciala i ducha trzyma malżeństwa w kupie, a bogacenie sie rozsadza je niejako od wewnątrz. Co ciekawe poziom wykształecenia w korelacji z poziomem życia, ma się nijak do rozwodów.

Powszechność emigracji również sprzyja trendowi rozwodowemu, zarówno pod względem nieobecności jak i przyrastającej kasy. Ale tego zjawiska już się nie da powstrzymać i dobrze, bo człowiek jest wolny i powinien iść swoją drogą, nawet jeżeli ta droga się nikomu nie podoba.

Kiedyś dzieci wychowywalo się w siermiężności codziennej starając się nadrobić jej ponurość bliskimi więzami uczuciowymi, dzisiaj siermięzność odchodzi w przeszlość razem z więzami. Bo aby kochać trzeba się kachać najpierw nauczyć. Z umiejętnością kochania czlowiek się nie rodzi.

Moja matka do dnia dziesiejszego nie może się pogodzić z moim rozwodem, chociaż sama w dość młodym wieku się rozwiodła. Ale już dla mnie wobec swoich synów, ta sfera ma zdecydowanie już znaczenie mniejsze. Znaczenie ma marginalne, bo bardziej cenię poczucie spełniania swoich marzeń wobec życia niż życie w związku, który nie daje szans na życie szczęśliwe lub do życia szczęśliwego zmierzające.

09:05, randalkk
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 marca 2007

Jestem zachwycony krainą, ale mam cholernie wiele dystansu do pomieszkujących ją osobników. Może własnie dlatego nie mam przyjaciół, ale tylko kilku znajomych, dość często wymienianych zresztą. Ale ani w pierwszym ani drugim przypadku nie żałuję.

Jestem inny. Anie nie wyższy ani nie niższy. Ani nie głupszy ani nie mądrzejszy. Jestem inny z jednego powodu. Nie znoszę ściemy, pierdolenia głupot, wykręcania kota ogonem czy innych szlbierstw jakie dzieją się w kazdym miejscu dnia każdego.

Szperajac w serwisach znalazłem znakomity tekst. Nie jest to tekst nam przyjazny, nie jest nawet miły. Jest po prostu skurwysyńsko prawdziwy. Ale jego prawda wymaga, po pierwsze przeczytania, po drugie zrozumienia, po trzecie zastanowienia, po czwarte odrzucenia narodowego kacapizmu i po piąte umysłowego olśnienia.

Oto początek.

Gdy kobieta podchodzi do mnie z pytaniem: - Am I sexy? - bez zastanowienia, odpowiadam "tak". Po prostu tak zostałem wychowany. Niech jej będzie przyjemnie. Ale po powiedzeniu "tak", całkowicie tracę nią zainteresowanie. Więcej, czuję obrzydzenie do takiej kobiety. Mogę się z nią przespać, ale bez szczególnego entuzjazmu. Kobiety, które mi się podobają, nie zadają takich pytań. Zadają je tylko trzy kategorie kobiet. Młode idiotki, które po raz pierwszy w życiu pomalowały usta wściekle błyszczącą szminką, brudząc sobie przy tym palce u rąk. Czasem takie pytania zadają prostytutki pojawiające się w czerwonym świetle uchylonych drzwi do burdelu. Po oderwaniu się od burdelowego telewizora koniecznie chcą zedrzeć z ciebie pieniądze. Jest to także pytanie starzejących się pań ogarniętych strachem z powodu wieku. Wiedzą, że w ich staniku ukrywają się zwisające piersi, ale chcą się jeszcze podobać.   [ czytaj dalej koniecznie i myśl, myśl, myśl !!!]

Odwagi, tekst nie gryzie ... ale gryzie duszę ...

22:07, randalkk
Link Dodaj komentarz »
sobota, 24 marca 2007

Pomimo deszczu, czasem nawet śniegu przelotnego, chwiejnej temperatury, chwilami porywistego wiatru, zaczynała kiełkować wiosna. Zatopiono lub i spalono marzany z wizerunkami i tych z prawa i tych zlewa, chełmscy kierowcy nie blokowali mostów, kładek i strumyków przed wagarowiczami a tu naraz jak grom z jasnego nieba zwyczajnie pielrolnęło gównem cięzru największego. I jak zawsze bóg okazał się szczodrze sprawiedliwy.

Taśmy fałszu i obłudy ujrzały światło dzienne, ani nie pierwsze ani nie ostatnie. Są tak samo gówniane jak tasmy michnika, begerowej. Niczym szczególnym się nie wyróżniają, ale wszystkie mają wspólny mianownik. Są rodem z rynsztoka, pijackiego bełkotu przy werblach mózgotrzepów. Ale, ale mają w sobie jeszcze jedną, znacznie głebszą i brutalniejszą prawdę. Tą prawdą jest fakt iż w taki sposób rozmawia ze sobą zdecydowana większość poloków. teraz krystaliczna w swej postaci polszka rzeczywistość dnia codziennego.

Dawno temu dłuższy czas pracowalem w czechosłowacji, gdzie pedziłem bujne życie towarzyskie nieomal kazdego dnia po pracy. Siadaliśmy w wioskowym gościńcu w kilka twarzy i ochoczo stawialiśmy kreski na listkach piwa, leżących obok szklanek ustawionych na ceratowym stole. Smialismy się do rozpuku, opowiadalismy różne historyje z życia i generalnie było wesoło, pomimo że piwo zastępowało krew.

Ale jedna była zasada, że negatywnie nie obgadywaliśmy innych, nawet jeżeli ktoś do kogoś miał wielki uraz, traumę albo inne cholerstwo. I mimo, że naczelna sekretarka w firmie szalała za chłopami i nie przepuszczała nikomu, nikt nie nazywał jej kurwą ani dziwką. Nikt nikogo, także nieobecnych nie nazywal ani chujami, ani kutasami, ani skurwysynami czy jakimiś innymi obelgami podobnego autoramentu. Nikt nie obnosił się ze swoim wewnetrznym skurwielostwem wobec innych, jaki każdy ma w swym zanadrzu, nawet wówczas gdy go palił gniew i ogień piekielny.

Poloki jednakże nie znoszą innych, chcieliby im dopiec do żywego na kazdym kroku, już po najmniejszej dawce alkoholu. Faceci bez żenady obgadują wszystkich i wszystko w klimacie chuji i kurew, babeczki nie przebierają w slowach pastwiąc się bez ogródek na wszystkim co żywe.

I nie ma znaczenia czy jest to robotnik, profesor, czy wykształciuch. Wszyscy ochoczo włażą do rynsztoka i się w nim taplają. Buc jest bucem od urodzenia, nawet jak zdoła się wykształcić. Jako poloki jesteśmy schizofrenikami, ładnymi na zewnątrz a gównianymi prywatnie.

Obłudą i nienawiścią do innych przodujemy z pewnością w świecie. To tak jakbyśmy wciąż nie mogli się nasycić jawnością ględzenia, opluwania, zawiści i wszelkich niechęci. Mieszkańcy tej krainy to najgorliwsi rasiści i obłudnicy we wszelkich wymiarach jakie zna życie codzienne.

08:34, randalkk
Link Komentarze (1) »
piątek, 23 marca 2007

Składam sobie szafę przedpokojową i coś mnie podkusiło i zajrzalem do internetu, wewnętrznie przygotowany na nowy news, który potwierdzi moje wewnętrzne przekonanie, że rządzą w tej chwili nieomal sami kretyni i debile. Do tego, że klamią i oszukują nieustannie już przywykłem, do skurwielstwa w ich wykonaniu także nieco, ale takiego skurwysyństwa jak poniższy cytat, to jeszcze nie słyszałem.

Dzieci niechorujące na raka nie zamierzają umrzeć w sensownym czasie. Będą żyły przez wiele lat i trzeba będzie się nimi opiekować w hospicjach... Dlatego, że dzieci umierają zbyt wolno, NFZ nakazał przyjmować w hospicjum nie więcej niż 40 proc. małych pacjentów z innymi niż rak chorobami...

Nie to nie są słowa jakiegoś pojebanego buraka, ale wiceministra zdrowia, wypowiedziane w telewizji publicznej, która ma spełniać misję kształtowania niekomercyjnej świadomości oglądaczy. Debila od którego zależy, czy będziemy leczeni czy też nie, na co będziemy umierać z braku kasy i opieki medycznej, czy też będziemy skrecać się z bólu, bo kasa bedzie pusta.

Po prostu brak słów. Oczywiście głowa tego debila nie poleci, bo jest pisowczykiem i wszystko mu wolno a przez dni kilka będzie wszystkim wmawiał, że tego nie powiedział, że go przeinaczono i tym podobne brednie.

Mówiąc te słowa, minister piecha musiał mieć jakieś zaćmienie umysłowe. Nie wyobrażam sobie, że lekarz mógł coś takiego powiedzieć" - mówi Religa. 

Szkoda słów, ale do cholery czemuś boże nas pokarał takimi debilami i takimi skurwysynami. Plagi i szarańcze chadzają widać stadami ...

Do przeczytania:  dzieci umierają zbyt wolno

12:41, randalkk
Link Komentarze (1) »
czwartek, 22 marca 2007

Jak zawsze pośrodku nocy oglądałem sobie swój ulubiony kanał axn crime, gdy około drugiej nocnej, obraz zaczął mi marudnie skakać. Zimą chodziłem na balkon i szczotką zrzucalem śnieg z talerza, ale wczoraj nie miałem najmniejszej ochoty zwlekać się z łoża, nawet aby popatrzeć przez okno. A tu proszę, wszędzie wokół domu leżał sobie śnieg. Co prawda zaraz po wzejściu słońca zamienil się w żyżność wody, ale to on mi nocą uniemożliwił zagapianie ulubionego serialu o komendancie manionie.

Uwielbiam amerykańskie krymianały, bo jest w nich pomimo wszelkich zbrodni, wiele optymizmu. Polskie seriale są w porownaniu z nimi cholernymi gniotami, gdzie nie ma ani akcji ani przesłania. Hamerykanie wiedzą co robią, że zbrodnia nie popłaca i pokazują swoje państwo, jako skuteczny mechanizm ścigania bandytów.

Jestem również wielbicielem westernów, gdyż są to najbardziej optymistyczne filmy jakie kręcił świat. Dziś są niemodne, bo samotny facet ze spluwą nie jest ikoną czasu obecnych. Ale zdeterminowany cowboy zaprowadzał na prerii absolutny porządek, nawet jak go bolały jajca od przesiadywania na koniu. Dzisiaj łapczywie wychwytuję westerny i ogladam je po raz kolejny, może także dlatego, że to one zapełniały świat mojego wiejskiego dzieciństwa, gdy chodziłem po lesie z coltami przy biodrach i przewiązanym rzemykiem udem.

Jak już mówiłem nocny snieg szybko wytopil się, więc zaraz po wystawieniu pojemnika ze śmieciami przed bramę, bo dzisiaj opróżniali śmietniki goście w czerwonych chałatach, poszedłem nakarmić do kaskady ryby i na nie popatrzeć w chlodny poranek.

Kaskada z roku minionego nie wyszla mi najlepiej, chociaż miała latem swój urok. Przy jej budowie i organizacji popelnilem kilka zasadniczych błędów, ale szum wody latem mi je przesłonił. O ile rośliny przez zimę mogły paść i zamarznąć, bo na wiosnę je odtworzę, o tyle nie mialem żadnej koncepcji na przeziomowanie rybek. Tym bardziej, że wybrały życie na dnie kaskady, pośród liści z lipy i rozrosłych roślin.

Jesienią je zaniedbałem bardzo bo nie wiedziałem co mam z nimi zrobić. Chcialem je wrzucieć do wiejskiej rzeczki, ale nie dawały się pochwycić w druszlak. Kilka nieudanych podejść i dałem sobie spokój, zajęty innymi sprawami. Po pierwszych mrozach, nieoczekiwanie wyplynęły z zakamrków, ale nie chciały niczego jeść. Karma plywała po powierzchni , od czasu do czasu skuwana lodem. A rybki jak gdyby nigdy nic suwały się nieopaodal dna.

Gdzieś w styczniu doszedłem do wniosku, że muszę im zapewnić wystarczającą ilość wody nad grzbietami, tym bardziej, że nieoczekiwanie poziom wody w kaskadzie szybko się obniżał. Widocznie gdzieś w emaliowanej wannie pojawiła się jakowaś dziurka, a woda jako woda nie zna żadnych przeszkod i po prostu powiększa swoje ulotne otwory.

Po lutowym skuciu mrozem w myślach pożegnałem rybki, ale ku mojemu zdumieniu przetrwały pod lodem i to bez jedzenia, ktore zamarzło na powierzchni. Aktualnie cała czwórka wachluje się w wodzie nie tracąc swojej energii i czeka na ciepłe dni. Dalej nie jedzą ale żyją i to mnie bardzo cieszy, chociaż wiem, że nie zadbałem o nie tak jak powinienem.

Przez zimę przemyślałem kaskadę i wraz z nastaniem cieplejszych dni przebuduję ją tak, aby super ryby mialy wspaniale, a ja i moi bliscy abyśmy czerpali przyjemność z szumu wodu i bzykajacych w wieczornych harcach rybek, które bez słowa powiedziały zimie i zimnu, chuja nam zrobicie.

Pozostaję pod wrażeniem natury jako takiej...

16:46, randalkk
Link Dodaj komentarz »
Skopiuj CSS